niedziela, 16 sierpnia 2009
obraz Jacka Yerka
- Wuj śpi – zapytałem cicho. Z pogrążonej w ciemności izby dobiegło chrapanie. - A zatem śpi – powiedziałem szeptem i równie cicho jak wyrzekłem te słowa wyszedłem z izby.
„No i dobrze, że śpi. Nich się Wuj wyśpi, a rano porozmawiamy”.
Przyznaje, że rozmowa „lico w lico” z Wujem odrobinę mnie przerażała. Wyjąłem, więc kartkę papieru i kontynuując ostatnie dwanaście lat korespondencji, list pisać zacząłem.
Drogi Wuju
Wiem, że Wuj, tuż za ścianą smacznie pochrapuje, ale że nie nawykłem do rozmowy z Wujem list ów piszę na ganku, a ciemności rozświetlam jeno marnej jakości latarką. Latarkę ową jutro Wuj zobaczy i sam stwierdzi, że krów doić przy niej nijak nie można. Fakt bezsporny! Matka jednak uważa inaczej.
Matka!
Matko Boska! Alem się dzisiaj przeraził! Matka, gdy usłyszała, że Wuj do chałupy wraca na klęczki padła i modlitwy do nieba wznosić zaczęła.
Wieś już od dawna jest przekonana, że głos matki posiada ukryte walory biblijnych trąb jerychońskich. Przeraźliwy jest i nie do zniesienia, co obawę we mnie wzbudziło, że wysłuchanym przez niebo będzie. Przecież nikt owego głosu dłużej niż pięć minut nie wytrzyma. Toż, to nawet nasz pasterz niebieski, ksiądz Alojzy, gdy matkę na mszy usłyszy, daje sygnały organiście, aby grać głośniej zaczął. Wuj tego nie wie, ale organista ślepawy na jedno oko, które mu wykłuli przy śliwowicy i w takich chwilach ksiądz macha wszystkimi kolorami swojego tęczowego nakrycia.
Szczęśliwie niebo więcej wytrzymałe od ludzi i Wuj jednak do chałupy przyjechał.
Wiem, że Wuj lubi opowieści z dreszczykiem, a że organiście taka właśnie się przydarzyła, napiszę jak było.
Poszło tedy o wdowę po księdzu. Cóż ja piszę? Przecież ksiądz nie może mieć żony, a zatem i wdowy. Zasada naczyń połączonych. Ksiądz miał …, nie wiem jak to Wujowi wyłożyć… Olgę, która mu gotowała, prała, sprzątała i dziećmi się opiekowała. Później Olga zmarła, a stypa odbyła się w remizie. Ta remiza widać zły wpływ miała na naszych chłopów, gdyż ogniście stanęli murem przy zdaniu, że nie w nazewnictwie, ale w naturze siła i Olga jak nic powinna na grobie mieć nazwisko męża.
Tutaj obruszył się organista Jędrzej i wbrew rozsądkowi, pijanych chłopów namawiać ich zaczął, aby języki powstrzymali.
Wuj myśli, że powstrzymali? Nie! Nie powstrzymali.
Przycichli jeno na chwilę, ale podobnie do garnka pełnego łupin, gdy go postawić na ogniu, wystrzelili nagle ze zdwojoną siłą. „Ty bucu”, „Bydlaku”, „Popaprańcu”, „Pępkowy agitatorze”, „Czyraku niewyciśnięty”. Takie oto głosy się odezwały. Głosy jednak szybko umilkły, a na środek sali wyszedł Jan, od Konopów, który księdza za zniewagi wyborcze wyjątkowo nie lubił. Krzyknął ów Jan
„Dość! Nie będzie nam pokraka niemoralna w głowach mącić. Dalejże chłopy. Do dzieła! Skoro organista taki ślepy, niech i ślepota jego ma uzasadnienie w naturze”. Gdy już kurz opadł, a chłopy na powrót przy ławach zasiedli, organista z marzeniem o protezie oka samotnie się ostał pod stołem. Szczęściem napity był i bólu nie czuł. A ból podobnież przy tym okropny.
Nadal jednak łuskał chłopom: „Co wy chłopy! Powariowali! Co w czterech ścianach, to nie na oku. A który to z was w chałupie sekretu, jakiego nie ma?”
Chłopy zastygli. Wiadomo, że organista z księdzem najbliżej byli i zwierzali się sobie przy niedzielnej śliwowicy. Tajemnica spowiedzi, rzecz święta, ale Jędrzej zły i napity…
„Ty na ten przykład Konopa już od dziesięciu lat do Jasła jeździsz, aby …” „A ty stul pysk” warknął zdenerwowany Jan Konopa „Stul pysk, bo jak trzasnę cię raz jeszcze…”
Organista zamilkł, a chłopy na wszelki wypadek do chałup się rozeszli.
Następnego dnia w sprawie oka organisty, policjanty z Jasła do wsi przyjechały. Nieszczęście sprawiło, że byliśmy z matką ostatnimi, do których przyszli. Matka, aby władzę w dobry nastrój wprawić mlekiem częstowała. Policjanty wypiły i podziękowały. Każda chałupa w dobry nastrój ich wprawiała. Ten miodem, inny chlebem ze smalcem, jeszcze inny kwaszeniakami. Matka jednak tego nie wiedziała. Mleko jak Wuj wie nawet małym dzieciom się podaje, a zatem złośliwości matki nie podejrzewam. Ot stała się tragedia i urzędowe tyłki na trzy kwadranse w naszym wychodku utknęły.
Czas mi się dłużył niepoliczalnie. Patrzę dookoła i widzę, że policjanty swoje notatki w sprawie Jędrzeja przed moim nosem zostawili. Jak nic z rozpędu i naturalnej potrzeby parcia na wychodek o nich zapomnieli. Czytam, więc zerkając jednym okiem na wygódkę.
asp. Tomasz Kociołek Jasło 16.08.2009 sierż. Marcin Walusiak KPP w Jaśle
Notatka Urzędowa
W dniu 16 sierpnia 2009 rokum, po zgłoszeniu telefonicznym Jędrzeja Opata, który pełni funkcję organisty w kościele św Jana udaliśmy się do wsi … Na miejscu zastaliśmy zgłaszającego, który wyjaśnił, że w dniu wczorajszym tj 15 sierpnia w remizie strażackiej podczas odbywającej się stypy po Oldze Podczaszej utracił w wyniku ataku miejscowej ludności lewe oko. Oko przedstawił jako dowód rzeczowy (oko w foliowym woreczku z napisem „ogórki kiszone” załącznik nr 1).
Zgłaszającego z uwagi na mocny odór alkoholu wydobywający się z ust przebadano Alkometrem Max ustalając 3,21 promila w wydychanym powietrzu (protokół użycia alkometru – załącznik nr 2).
Natychmiast przystąpiono do działań mających doprowadzić do zatrzymania sprawców. Przesłuchano świadków oraz osoby związane z Jędrzejem.
Wszelki zebrane dowody (protokoły przesłuchań świadków – załączniki od 3 do 61) wskazuj jednoznacznie, że w sprawie zgłoszenia należy wykluczyć działanie osób trzecich, a zdarzenie zakwalifikować jako splot nieszczęśliwych okoliczności, które w naturalny sposób doprowadziły do defektu twarzy Jędrzeja Opata.
Organista oko utracił w sposób naturalny tj bezwzględnych sił natury.
Fragmenty przesłuchań:
Stanisław Jary:
„Jędrzej Podczas stypy niezwykle się napinał się w sobie. Mówilim mu aby se zwolnił, ale on nie reagował i coraz czerwieńszy był na pysku. Takiej wielkiej - napompowanej głowy jużem dawno nie widział. Wreszcie po którymś z kolei kielichów pac oko z ciśnienia na stół mu wypadło.”
Ksiądz Alojzy
„Jędrzeja znam od lat dwudziestu. Prawy parafianin tylko z wódką i ciśnieniem nie mógł sobie poradzić. PYTANIE – czy ksiądz był w remizie w chwili, gdy Jędrzej Opas utracił oko? Podczas zdarzenia nie byłem w remizie. Księdzu nie wypada. Jędrzeja spotkałem, gdy leżał krzyżem przed ołtarzem. Podszedłem do niego i widzę, że strasznie czerwony na twarzy. Zapytałem, go, co się stało i wszystko mi dokładnie opowiedział. My jesteśmy przyjaciółmi. Bełkotał, ślinił się, mlaskał, ale zrozumiałem wszystko i muszę z przykrością stwierdzić, że do jego nieszczęścia przyczyniła się wódka i nazbyt wysokie ciśnienie wytworzone bezmyślnym mieleniem języka.”
Mając powyższe na uwadze postanowiono odstąpić od dalszych czynności w sprawie dotyczącej zniekształcenia twarzy Jędrzeja Opasa.
Sporządził asp. Tomasz Kociołek
Wuj wie, że nigdy nie byłem atrakcyjnym kąskiem dla rewolucjonistów. Różni przychodzili. Telefony komórkowe chcieli zakładać, Internet w chałupach montować, kanalizację podłączać. Mnie zawsze do wsi było bliżej niźli do obcych. Skoro wieś powiedziała „Tak”, to i ja się zgadzałem, a gdy krzyknięto „Veto”, tedy i ja byłem przeciw. Tak i tym razem się stało. Skoro wieś uznała, że Jędrzej z napięcia krwi w głowie wywołanego mieleniem języka oko utracił, ja sprzeciwiać się nie zamierzałem.
Policjanty były zadowolone.
wtorek, 04 sierpnia 2009
Grafika - Leszek Rózga
Im krótszy kawałek kija, tym trudniej, go złamać. Grubość niby ta sama. Niby nic się nie zmienia, a jednak …
Przez jakieś siedemnaście lat błądziłem po lesie. Brzmi bajkowo, ale w bajkach nie ma miejsca dla potworów. Potwory chadzają po ziemi. Snują się między nami. Boją się wychylić głowę, więc wysuwają kłamliwy język i macają nim dookoła. Jeżeli ich nie poznasz, lub powierzysz im ważne zadanie możesz być pewny, że nie zrobią niczego. Będą się puszyć możliwościami, odgadywać Twoje myśli i co najważniejsze odsłaniać słabości swoich podwładnych.
Uważaj!
Kłamstwa, zniewagi, małe podłości, oszustwa i judzenie, to jedyne co potrafią. Radowałbym się, gdyby ich droga prowadziła do jakiegoś celu. Wszystko jednak wskazuje, że to farsa. Ich jestestwo opiera się na głośno szczekanych ideach i szukaniu empatycznych wrogów.
Empatycznych?
Empatyczny wróg nie uderzy. Zacznie się zastanawiać „dlaczego?”. Przystanie zanim wyprowadzi kontrę. Empatia jest szlachetna, ale w świecie potworów staje się samobójcza.Świat, gdzie człowiek na stanowisku martwi się tylko o to, aby z niego nie spaść. W społeczności, gdzie empatia jest doskonała, gdyż potrafi rozwikłać pragnienia klienta – petenta, jest jednocześnie zgubna dla jej właściciela. Ten las nazywa się korporacją.
Korporacja!
Wielokrotnie zastanawiałem się, co w teraźniejszości zostało z przeszłości. Niewątpliwie lata temu:
na ławce w parku, przy suto zastawionym stole przy lampce cienkiego wina lub kiepskiej jakości, kromce chleba
siedział człowiek. Marzył, planował – miał wizję. Widział to, czego jeszcze nie było. Chciał zmienić świat, zrozumieć ludzi, podwoić zyski, przekroczyć Rubikon niezrozumienia, wykopać dla ludzkości święty Grall wiecznego życia. Chciał i marzenia zamieniły się w wizję, a ta w rzeczywistość.
Nie szydźcie z wizjonerów!
Człowiek, który szuka pieniędzy na pewno je znajdzie i co najwyżej zostawi po sobie fundament dla potomków, ale tylko wizja może stać się wieczna. Wizja prowadzi do nieśmiertelności. Przykładowo taki „Pączek” – jeden z moich szefów, wizję traktował na zasadzie „byle przetrwać”, a zatem ucieczki od odpowiedzialności. Pamiętam jak przyszedłem do niego i w jasny sposób powiedziałem, że pomimo pracy na 200% większej ilości klientów nie będę w stanie obsłużyć. „Możemy być najlepsi, ale potrzebuję pomocy”. „Oczywiście”, rzekł ów człowiek i nie zrobił niczego. Owo „oczywiście” po dwóch latach doprowadziło, go poza korporację. Ja odszedłem wcześniej. Wolę budować od nowa niż uczestniczyć w farsie gdzie, mimo że fasada wygląda wspaniale - środek gnije.
Udało się!
Człowiek z wizją zbudował nową ideę. Udało się. Zmęczony usiadł i stwierdził, że odpocznie. Niestety nie wiedział, że nie jest w stanie panować nad swoim dziełem. Potęga, o której marzył stał się jego przekleństwem. Nie mógł wiedzieć, że małe szczury, które się do niego uśmiechają, robią to tylko dla lepszego stanowiska. Tak upadło wiele firm. Nie będę wymieniał – wystarczy poczytać gazety.
"Pączek" odszedł.
Wiadomość nie wstrząsnęła moim życiem. Od roku pracowałem, gdzie indziej. Dowiedziałem się jednak, że zaraz po nim w korporacji nastała jeszcze gorsza żmija, a jej jad szuka ujścia. Szukała i znalazła. Najpierw Piotrek, a gdy ten okazał się poza zasięgiem, babeczka w ciąży i chłopak uważany za świetnego specjalistę. Uważany rzecz jasna przez wszystkich, poza Żmijką. Statystycznie można udowodnić wszystko.
Statystycznie!
Statystycznie można udowodnić, że masz trzy nogi, a osioł półtorej. Statystycznie jesteśmy lepsi niż wczoraj, a jutro będziemy prze wspaniali. Tak jest tylko w korporacji i jeździe figurowej na lodzie. Nie ma namacalnych mierników, lub można je fałszować. W realnym świecie, takie kolosy na glinianych nogach upadają.
Upadają z wielkim hukiem!
Nie jestem moralistą. Ot po prostu patrzę na świat i się dziwię. Dziwi mnie na przykład, że jest lepiej, choć jest gorzej. Dziwi mnie, że szerzej otwieramy oczy, aby coś zobaczyć, choć już małe dziecko wie, że aby się czemuś przyjrzeć powinniśmy zerkać spod przymrożonych powiek.
poniedziałek, 03 sierpnia 2009
obraz Zdzisława Beksińskiego
(drzwi otwarte - można wejść i oglądać) - Z przypiętymi do ramion skrzydłami, będziesz wyglądał doskonale. Latać się wprawdzie nie nauczysz, ale wrażenie mój drogi… wrażenie zrobisz wspaniałe. Koledzy z zazdrości się spocą, kobiety uniosą sukienki. Psy szczekać zaś będą ludowo - interpretowane piosenki. „I się stało” jak powiedział pewien uśmiechnięty Pan w telewizji, gdy otwierając festiwal wpuścił na scenę najstarszych piosenkarzy. Zaśpiewali i radość wylała się z serc ludzi. Radość zbudowana na pewności, że „starość nie istnieje”.
Na wklejonych do szyi ramionach Lekkim klejem produkcji wiadomej Usiłuję unosić beztrosko Siwą - wygoloną głowę
Markuję niedbałe ruchy W lewo, na prawo, do przodu „Jakże lekko” – szepcą z zachwytem „surfuje po czasie za młodu”
A stawy trzeszczą bezwzględnie Na czas już tylko herbata Co dwie godziny kanapkę Marchewki wyparły cygara
Wszyscy są dzisiaj „nie starzy” Starość przegrała w wyborach „Uśmiechaj się” słodko mówią „Wariata udawaj lub odpal”
I racja.
środa, 29 lipca 2009
Miniatura - Leszek Rózga
Przyjaciel napisał, abym nie zapominał o blogu. Nie zapominam.
Typowy X mówi do typowego Y. - Jeżeli mnie widzisz, dotykasz i czujesz, to oznacza, że jestem? - Tak. - A zatem, gdy odejdziesz i już mnie nie będziesz czuł – zniknę? - Nie! Będziesz dla samego siebie i wspomnień o Tobie. - A zatem, gdy już mnie zapomnisz lub zapomną o Tobie, a ja sam nabiorę do siebie wstrętu, już mnie nie będzie? - Nie wiem. - Ja też nie wiem. – X zamyślił się - Przyszła do mnie wczoraj nachalna, wdowia myśl. Siadła na krześle i mówi: „I co dziecko? Wiesz już, po co?” Uwierz, że nie wiedziałem. - Ta „wdowia myśl”, to przenośnia? X nie odpowiedział.
Inny przykład.
Na stu milionów Polaków może znajdzie się kilku godnych zapamiętania. To kiedyś. Dziś wielkość opływa tłuszczem marketingu i nic ma nic wspólnego z godnością. Żyjemy szybko i jeszcze szybciej zapominamy. Czasami możemy o to winić wymyśloną dla angielskich lotnikow amfetaminę.To rzadziej. Najczęściej winne jest nasze uwspółcześnione lenistwo. Kiedyś lenistwo prowadziło do wynalezienia koła, młotka lub maszyny drukarskiej. Dziś lenistwo wiąże się z bezmyślnym leżeniem, gdyż Pomoc Spoleczna i tak przyniesie. Słusznie! Ona przyniesie. Zabierze tym, którzy pracują i przyniesie. Wracając do wielkości. Oczywiście w książkach pozostaną wielcy. W zakurzonych tomach nazywanych encyklopediami, będą śnić o kaźni lekcji polskiego, gdy nauczycielka (wyrodna matka wiedzy) zada wypracowanie o dokonaniach. Ba, ale na co nam inna wielkość. Dziś nie ma sensu zastanawiać się nad przeszłością. Lepiej włączyć drugi program telewizji polskiej i popatrzeć na serial „M jak miłość”. Ja rozumiem, że film „Lot nad kukułczym gniazdem” jest puszczany o 23.55, a „M jak miłość” o 20.00. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie oglądał o 23.55 wariatów. Oni stoją w kącie i drwią. Ja, to rozumiem, ale niestety muszę rano iść do pracy i pozostaje mi jedynie serial. A ty? Czy wiesz już, po co?
piątek, 12 czerwca 2009
Rezolutnie Rondlem pokrytym patyną Starością I czasem mijającym biegle Zapisana w sadzy kredą kominie Przepołowiona Nożem - obrazowo zwiewnie Ignorantką Introwertycznie młodą Aluzyjną (Na wskroś przeszywa mnie POZÓR) Poczłapały Ryciny, rysunki, grafiki na dno szuflady odprzedane w sklepie za młodo Tysiące ba może miliny autorów zmierających biednie Na sklep Reprodukcji pięknych znajdują swoje stopy w piekle.
piątek, 22 maja 2009
obraz Marcina Niziurskiego - odwiedź galerię autora
![]()
Dałby sobie radę nawet w piekle. Niezależnie, gdzie się znalazł, natychmiast pod jego stopami rozkwitały tulipany dobrobytu. Wchodził do baru mlecznego – miłosna zupa ogórkowa. Wchodził do knajpy i najgorsze piwo zamieniało się w goryczkowy ogród rozkoszy. Wpełzał z knajpy do mieszkania i czekał na niego olśniewający uśmiech oczu anioła. Szczęście było przy nim jak wierny pies. Troszczyło się, gdy siedział z pilotem w dłoni przed wybuchowym telewizorem „Rubin”. Ostrzegało, gdy pijąc wódkę nazbierał w lesie muchomorów. Było przy nim zawsze i wszędzie. W sprawach zawodowych nazwał je „anielskim dotykiem”.
- Trącił mnie w ramię Anioł i mówi: „Łukasz! Daj spokój! Toż spodnie dżinsowe niedługo wyjdą z mody, a rynek zaleje chinszczyzna. Musisz szukać czegoś innego”. I wiesz co? Sprzedałem fabrykę. Sprzedałem, a facet, który ją kupił po roku mógł, co najwyżej otworzyć puszkę z makrelą. Biznes się skończył. Jednak wtedy, gdy ją sprzedawałem wszystko było w rozkwicie. Kasa pączkowała, a zamówienia sypały się jak z rozprutej kieszeni. Zrozumiesz to? Ja jednak słucham świata. Jestem nastawiony na odbiór. Przykładowo moja żona. Ona zawsze twierdziła, że wie lepiej ode mnie, gdzie jest moje miejsce. Wiedziała do czasu. Przyszedł czas i powiedziałem sobie: „Łukasz! Albo jeszcze jesteś, albo Cię już nie ma”. Tak postawione pytanie może zakończyć się tylko w jeden sposób. Powiedz. Kto chce umierać za życia?
Popatrzył na mnie. Drzewa szumiały wiosennie, a plac przed nam dygotał od żarzącego słońca.
- Myślę, że nikt – powiedziałem. Powiedziałem niepotrzebnie. Łukasz był typem człowieka, który ma w głowie cały świat. Nie potrzebował rozmówców. Nie chciał wymieniać informacji. Pragnął informować. Świetnie nadawałby się na swojego własnego herolda.
- I po tym wszystkim moja córka robi to samo, co była żona. Trzyma męża na smyczy tak krótkiej, że mu oczy z orbit wychodzą. Wiesz, ja się staram nie wtrącać, ale powiedzieć coś muszę. „Beata” mówię „albo się chłop udusi, albo przejrzy na oczy. Uważaj dziewczyno!” A ona na to, że mam się nie martwić i że dokładnie wie jak należy kręcić facetem. Tylko wiesz! Jak się chłopa krótko trzyma i mocno nim kręci, to przychodzi taka chwila, że się smycz urywa i chłop leci jak z katapulty, a im mocniej zakręcony, tym dalej wzlatuje.
ps dziękuję Marcinie
niedziela, 10 maja 2009
gwasz - Leszek Rózga
![]() Produkowany w kompleksowych sadach Na zagonie - optymalizowanego procesu produkcji
I sadów!
Otwartych ranami zapotrzebowania.
Aktywizowany Agro-tupiącym powietrzem innowacyjności.
Gdybyż, tak…
Zaprzepaścić szansę doświadczeń Odsunąć Przepoconą szachownicę ruchów
Stanąć!
Nie za pięćset złotych Ale za moralność
Na krańcu Przetrąconych wiedzą kręgosłupów
|
Zakładki:
![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]()
Katalog stron internetowych
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||