poezja na faktach, poezja techniki, poezja miłosna, poezja limeryki, proza, monologi i opowiadania - wrocławskiego autora Piotra Raszewskiego *rapityn*
środa, 29 lipca 2009

 

 


Przyjaciel napisał, abym nie zapominał o blogu. Nie zapominam.

 


 

Typowy X mówi do typowego Y.

- Jeżeli mnie widzisz, dotykasz i czujesz, to oznacza, że jestem?

- Tak.

- A zatem, gdy odejdziesz i już mnie nie będziesz czuł – zniknę?

- Nie! Będziesz dla samego siebie i wspomnień o Tobie.

- A zatem, gdy już mnie zapomnisz lub zapomną o Tobie, a ja sam nabiorę do siebie wstrętu, już mnie nie będzie?

- Nie wiem.

- Ja też nie wiem. – X zamyślił się - Przyszła do mnie wczoraj nachalna, wdowia myśl. Siadła na krześle i mówi: „I co dziecko? Wiesz już, po co?” Uwierz, że nie wiedziałem.

- Ta „wdowia myśl”, to przenośnia?

X nie odpowiedział.

 


 

 

Inny przykład.

 


Na stu milionów Polaków może znajdzie się kilku godnych zapamiętania. To kiedyś. Dziś wielkość opływa tłuszczem marketingu i nic ma nic wspólnego z godnością. Żyjemy szybko i jeszcze szybciej zapominamy.

Czasami możemy o to winić wymyśloną dla angielskich lotnikow amfetaminę.To rzadziej. Najczęściej winne jest nasze uwspółcześnione lenistwo. Kiedyś lenistwo prowadziło do wynalezienia koła, młotka lub maszyny drukarskiej. Dziś lenistwo wiąże się z bezmyślnym leżeniem, gdyż Pomoc Spoleczna i tak przyniesie. Słusznie! Ona przyniesie. Zabierze tym, którzy pracują i przyniesie.

Wracając do wielkości. Oczywiście w książkach pozostaną wielcy. W zakurzonych tomach nazywanych encyklopediami, będą śnić o kaźni lekcji polskiego, gdy nauczycielka (wyrodna matka wiedzy) zada wypracowanie o dokonaniach.

Ba, ale na co nam inna wielkość. Dziś nie ma sensu zastanawiać się nad przeszłością. Lepiej włączyć drugi program telewizji polskiej i popatrzeć na serial „M jak miłość”.

Ja rozumiem, że film „Lot nad kukułczym gniazdem” jest puszczany o 23.55, a „M jak miłość” o 20.00. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie oglądał o 23.55 wariatów. Oni stoją w kącie i drwią. Ja, to rozumiem, ale niestety muszę rano iść do pracy i pozostaje mi jedynie serial.


A ty?

Czy wiesz już, po co?

 

22:27, rapityn , proza
Link Komentarze (3) »
piątek, 12 czerwca 2009

Rezolutnie

Rondlem pokrytym patyną

Starością

I czasem mijającym biegle


Zapisana

w sadzy kredą kominie

Przepołowiona

Nożem - obrazowo zwiewnie


Ignorantką

Introwertycznie młodą

Aluzyjną

(Na wskroś przeszywa mnie POZÓR)


Poczłapały

Ryciny, rysunki, grafiki

na dno szuflady

odprzedane w sklepie za młodo


Tysiące

ba może miliny

autorów

zamierających biednie


Na sklep

Reprodukcji pięknych

znajdują

swoje stopy w piekle.


piątek, 22 maja 2009

 

 

Dałby sobie radę nawet w piekle. Niezależnie, gdzie się znalazł, natychmiast pod jego stopami rozkwitały tulipany dobrobytu. Wchodził do baru mlecznego – miłosna zupa ogórkowa. Wchodził do knajpy i najgorsze piwo zamieniało się w goryczkowy ogród rozkoszy. Wpełzał z knajpy do mieszkania i czekał na niego olśniewający uśmiech oczu anioła. Szczęście było przy nim jak wierny pies. Troszczyło się, gdy siedział z pilotem w dłoni przed wybuchowym telewizorem „Rubin”. Ostrzegało, gdy pijąc wódkę nazbierał w lesie muchomorów. Było przy nim zawsze i wszędzie. W sprawach zawodowych nazwał je „anielskim dotykiem”.

 

- Trącił mnie w ramię Anioł i mówi: „Łukasz! Daj spokój! Toż spodnie dżinsowe niedługo wyjdą z mody, a rynek zaleje chinszczyzna. Musisz szukać czegoś innego”. I wiesz co? Sprzedałem fabrykę. Sprzedałem, a facet, który ją kupił po roku mógł, co najwyżej otworzyć puszkę z makrelą. Biznes się skończył. Jednak wtedy, gdy ją sprzedawałem wszystko było w rozkwicie. Kasa pączkowała, a zamówienia sypały się jak z rozprutej kieszeni. Zrozumiesz to? Ja jednak słucham świata. Jestem nastawiony na odbiór. Przykładowo moja żona. Ona zawsze twierdziła, że wie lepiej ode mnie, gdzie jest moje miejsce. Wiedziała do czasu. Przyszedł czas i powiedziałem sobie: „Łukasz! Albo jeszcze jesteś, albo Cię już nie ma”. Tak postawione pytanie może zakończyć się tylko w jeden sposób. Powiedz. Kto chce umierać za życia?

 

Popatrzył na mnie. Drzewa szumiały wiosennie, a plac przed nam dygotał od żarzącego słońca.

 

- Myślę, że nikt – powiedziałem.

Powiedziałem niepotrzebnie. Łukasz był typem człowieka, który ma w głowie cały świat. Nie potrzebował rozmówców. Nie chciał wymieniać informacji. Pragnął informować. Świetnie nadawałby się na swojego własnego herolda.

 

- I po tym wszystkim moja córka robi to samo, co była żona. Trzyma męża na smyczy tak krótkiej, że mu oczy z orbit wychodzą. Wiesz, ja się staram nie wtrącać, ale powiedzieć coś muszę. „Beata” mówię „albo się chłop udusi, albo przejrzy na oczy. Uważaj dziewczyno!” A ona na to, że mam się nie martwić i że dokładnie wie jak należy kręcić facetem. Tylko wiesz! Jak się chłopa krótko trzyma i mocno nim kręci, to przychodzi taka chwila, że się smycz urywa i chłop leci jak z katapulty, a im mocniej zakręcony, tym dalej wzlatuje.

 

 

 

ps

dziękuję Marcinie

 

19:38, rapityn , proza
Link Komentarze (1) »
niedziela, 10 maja 2009

 

 
 
 

Produkowany w kompleksowych sadach

Na zagonie - optymalizowanego procesu produkcji


Tyranizujący - zadymione pomieszczenia fabryk!

I sadów!

 

Otwartych ranami zapotrzebowania.

 

Aktywizowany

Agro-tupiącym powietrzem innowacyjności.

 

Gdybyż, tak…

 

Zaprzepaścić szansę doświadczeń

Odsunąć

Przepoconą szachownicę ruchów

 

Stanąć!

 

Nie za pięćset złotych

Ale za moralność

 

Na krańcu

Przetrąconych wiedzą kręgosłupów

 

 

 

 

 

 

niedziela, 29 marca 2009

 

 

 

 

- A jak jeszcze raz zamkniesz mi drzwi…

Krystian nie dokończył! Potężne, rzeźbione w anioły drzwi, które niejeden scenograf chciał kupić, zamknęły się z hukiem.

- Durna jesteś – wrzeszczał – słyszysz!? Do cholery! Myślisz, że będę tu stał jak pies? Gówniany świat.

Odwrócił się powoli i zszedł na parter kamienicy. Było ciemno i padał deszcz. „Gdzie iść” myślał „Gdzie mam iść? Nie będę łaził o północy po ludziach i skarżył się, że moja baba oszalała, a je jestem pantoflem, który nie może sobie z nią poradzić”. Wyszedł z bramy i ruszył w kierunku pobliskiego skweru. 

Pomimo, że pod drzewami było sucho, ławki były puste. Zazwyczaj o tej porze skwer oblegały pary małolatów lub ubogich wiarołomnych grzeszników, których nie było stać na hotelowego grosza, ale dziś jakby z litości nad jego bezdomnością, pustka aż kłuła w oczy.

Usiadł na ławce.

„Czego ona się tak wścieka? Ma wszystko czego zapragnie” myślał  „Mieszkanie? Proszę bardzo. Wprawdzie nie sto metrów, ale jednak. Ma mieszkanie. Remont mieszkania? Oto i remont. Meble w kuchni stare? Ma nowe meble. Ma wszystko, ale źle! Stale coś nie tak”.

- Można się dosiąść?

Tuż przy jego nogach zatrzymał się mężczyzna.

- O żesz, aleś mnie pan wystraszył.

- Można?

- A czego? Ławek pustych nie ma?

- Właśnie! Pan dobrze to ujął. Puste są, a ja chciałem z kimś pogadać.

- Mnie dziś gadać się nie chce.

- Pan nie musi mówić. Proszę jedynie, aby pan słuchał.

- Dobrze, ale mam nadzieję, że wódkę pan ma?

- Mam litra.

- Doskonale. Proszę polać i mówić.

- Pan wie, jakie cholery z tych kobiet?

- Wprawdzie miałem się nie odzywać, ale skoro pan pyta, to muszę potwierdzić. Cholery i życie trują.

- Ja zadałem pytanie retoryczne. Pan nie musi odpowiadać.

- Nie ma sprawy. Proszę nalać i mówić. Już nie przeszkadzam.

- Proszę sobie wyobrazić, że trzy lata temu poznałem taką jedną. Siedziała na przystanku i płakała. Pan wie, ja mam czułe serce. Nie mogę patrzyć na ludzką krzywdę. Podszedłem i pytam co się stało. Ona początkowo się wzbraniała. Mówiła, że nic takiego, że jej kłopoty, to jej sprawa, że nie powinienem się wtrącać, ale w końcu opowiedziała. Stwierdziła, że ma w domu piekło, że jej chłop niedołęga potrafi tylko siedzieć przed telewizorem i pić piwo, że jak jej kwiatek raz w roku przyniesie, to jest dobrze. Co miałem zrobić? Wytłumaczyłem, że są różni mężczyźni i zaproponowałem kawę. Ostatecznie i tak nie miałem, czego w domu szukać. Moja baba pyskata jak cholera, a brzydka, że nawet podłogi nie mogłaby umyć u takiego zapłakanego aniołka.

Krystian przyjrzał się mężczyźnie.

- Pan też do najpiękniejszych nie należy.

- Masz pan rację, ale jak już wspomniałem mam dobre serce i baby to czują. Myślą, że ja jestem taka ciapa, którą będą mogły się zaopiekować, zacerować rękawy, podtuczyć odrobinę. Takie tam, babskie spełnienie instynktów macierzyńskich. Ona widocznie też tak czuła i się zgodziła. Przegadaliśmy pół nocy na tej kawie. Tutaj, niedaleko na dworcu siedzieliśmy.

- Później pan się z nią spotykał coraz częściej, aż do dzisiaj, gdy ona panu powiedziała, że dłużej nie może okłamywać męża i pan jest teraz nieszczęśliwy.

- Było prawie tak jak pan mówi, ale nie do końca. Tło się zgadza, a jednak bohaterowie mieli inne role. Jej nie przeszkadzało, że się ze mną spotyka. Ona jest jak delikatny wulkan. Sprzeczność? Tak, ale tylko pozorna. Na co dzień romantyczna, dbająca o drobiazgi, czuła, ale w łóżku ogień, który wypala do gołej ziemi. Zanim ją poznałam zdawało mi się, że wiele przeżyłem. Bzdury! Co ta kobieta wyprawia, to ludzkie pojęcie przechodzi. Zresztą – mężczyzna spojrzał na Krystiana – pan nie musi tego wiedzieć.

- Nie do końca się z panem zgodzę. Szczegóły są bardzo ważne. Pan się nie ogranicza. Proszę mówić.

- O jej duszy?

- Hm ten aspekt niekoniecznie mnie obchodzi.

- A mnie obchodził. Mówiłem jej, że nie możemy być razem, że ona jest nie dla mnie, że każdy ma swoją drogę.

- Pan się znudził?

- Nie! Absolutnie! Przy takiej kobiecie nie można się nudzić. Ja się jej po prostu bałem. Jak dla mnie ona była zanadto super-ekspresem, a mnie wystarczyłby osobowy. Bałem się jej emocjonalnej rozrzutności.

- Zazdroszczę panu. Moja żona wprawdzie nie jest baranio – łagodna, ale jej diabelstwo przejawia się raczej poprzez grubą skórę. Nijak nie może się równać z pana ognistą kochanką. Pan nie wie jak to jest, gdy człowiek się stara dogodzić kobiecie, która wiecznie ma muchy w nosie. To jest jak pchanie kuli pod górę. Pchasz i masz nadzieję, że tym razem ci się uda. Starasz się o jeden uśmiech, dobre słowo, cokolwiek, a dostajesz kopa i za dwa dni znów się musisz starać.

- No tak, ona jest inna. Co mam powiedzieć? Niby miałem szczęście…

- Niby? Pan żartuje! Szczęście jak cholera. Nie powinien pan od niej odchodzić.

- A jej mąż?

- Cóż jak zawsze. Ofiary muszą być. Taka kobieta wymaga walki.

- Mnie, to jednak przeszkadza. Przeszkadza, gdy wchodzę do jego mieszkania, gdy biorę jego żonę, a nawet, gdy przechodzę pod tym cholernymi, unikalnymi, rzeźbionymi aniołami nad jego drzwiami.

 

 

22:21, rapityn , proza
Link Komentarze (3) »
niedziela, 15 marca 2009

 

 

Tramwaj pełen był ludzi. „Jajkami kramarkami o wczesnej porze na targu” myślał, rzucając okiem na peron przystanku.

- Pan się puści tej rury – warknęła otyła kobieta.

- Pani mnie nie namawia do grzechu. Wierność napinam serca bajpasem. Pani rozumie! Serce nie wytrzyma napięcia rozterek.

- Cham.

- I mnie jest miło panią poznać.

Kobieta odwróciła się i znacząc śladem brezentowych toreb oraz półrocznego tłuszczu włosów wyszła drugimi drzwiami.

- Pan wysiada?

Nienauczony doświadczeniem tłustego podlotka odwrócił się i spojrzał na dawcę głosu. Pierwszym i ostatnim jękiem zapomniał o bajpasowo dozgonnej wierności. Znalazł się gdzie indziej. W „raju utraconym”? Czy jakoś podobnie!

- Raczej nie, ale nie wykluczam niczego co może lub jest związane z panią.

- Pan mnie przepuści i tyle.

- Dla pani mosty budować, katedry strzeliste w świątynnym orszaku sukien ślubnych. Niech się pani nie zniechęca. Proszę życzyć, a spełnienie odniesie zwycięstwo.

- Przepraszam, a czy mógłby pan się odrobinę odsunąć od drzwi?

- Mnie nie trzeba nawet powtarzać. Dwa razy się w życiu tak wyczepiłem z płóz rzeczywistości. Dziś jest ten drugi.

Dziewczyna odwróciła się w tory kolei, którymi mknęła na poprzednim przystanku tłusto grzywa matrona.

- Pani odchodzi – krzyknął zapytaniem za nią.

Dziewczyna nie odpowiedziała. Wysiadała lekko wstępując na chodnik.

„W niebo wstąpienie” pomyślał zdziwiony. „W chodnika prozaiczne płytki. Trzeba nam lecieć do nieba za aniołami”. Szarpnął za dźwignię hamulca bezpieczeństwa i silnym dłonio – ramieniem odetchnął rześkim, wiosennym powietrzem miasta.

Niby pieszo ulicami spacerował bez celnie, a jednak szedł za nią. Zgadywał, że na następnym dróg poplątaniu skręci na lewą stopę i skręcała. „Skręciła” dumał w ciszy rozważań „w lewo i lewo, a jak odgadnę trzy razy spotka się ze mną jutro”. Dziewczyna skręciła i w lewo i w lewo. „Jest moja”.

- Proszę pani – krzyknął, aby nie było, że za nią idzie.

Kobieta odwróciła się i z daleka - na jakieś pięćdziesiąt metrów - posłała do niego zdziwienie wymieszane okrzykiem.

- Pan idzie za mną!

- Właśnie, że nie idę. Klęczę. Chciałbym iść i szedłem już nawet, ale teraz… Nie! Teraz klęczę na ból nogi. Lewej nogi w stopie klęczę.

- Dlaczego pan mnie śledzi? To jest denerwujące!

- Właśnie mówię, że nie śledzę. Klęczę na …

- Pan już to mówił.

- A…, racja. Tyle, że owo klęczenie miało być jedynie początkiem na dalsze słowa. Skoro jednak pani należy do bractwa owego, co absolutnie odrzuca powtórne mówienie słów raz wypowiedzianych, nie powiem nic, ponad że nie śledziłem, a szedłem w tą samą stronę co pani. W lewo, lewo i lewo.

- A gdybym skręciła w prawo?

- Byłoby po mnie i po nas i po przyszłości. Nie byłoby szans.

- Pan chce powiedzieć, że kierowało mną przeznaczenie. Muszę pana zmartwić. „To” nie było przeznaczenie. W lewym bucie obcas mi się złamał. Zatem jeżeli chce się pan doszukiwać przeznaczenia w lewoskrętach, proszę wziąć pod uwagę, że ten oto but jest panu przeznaczony. Zresztą mogę go panu zostawić.

Co powiedziawszy, kobieta natychmiast z nogi obcas przymocowany z butem za kleju sposobem zdjęła.

- Proszę, jest pański.

Popatrzył zdziwionym okiem na wpół przytomny ze strachu niedopasowanego. „Czyżbym z butem zjednoczył swoje lewoskręty? Zrozumienie w kierunku na buta obcas przełożył?”

- Proszę mnie nie odrzucać – rzekł za serca podskokiem – proszę but napiąć na szybką decyzję szewskiego utrzymania dzieci i spotkać się ze mną jeszcze.

- Niestety miły Panie. Jestem żoną i matką. Pan wybaczy, ale słowo „zdrada” jest dla mnie pojęciem równie nieakceptowanym, co „emocjonalność”. Mam nadzieję, że pan zrozumie. Jestem chora na serce i nie mogę się denerwować. Emocje w moim przypadku równe są szpitalowi.

08:28, rapityn , proza
Link Komentarze (4) »
sobota, 14 marca 2009

 

 

- Łukasz!

Ania wbiegła do pokoju.

- Łukasz! Muszę Ci coś powiedzieć!

- Spokojnie Aniu? Ja też mam Ci coś do powiedzenia.

- Tak?

- Zastanawiałaś się kiedyś czy „To” wszystko ma jakiś sens?

- Co?

- No „to” co dzieje się wokół. Tramwaje, zimna woda w misce, kwiatek na oknie. Niby są, ale tak jakoś… jakby ich nie było.

- Znów szalejesz, a ja muszę Ci coś powiedzieć!

               Łukasz umilkł. „Nie!” postanowił „Nigdy nie będę wobec niej szczery. Ludziom nie są potrzebne informacje. Oni potrzebują, aby mówić im o nich samych. Mówisz, że w domu masz kota i natychmiast słyszysz, że oni też kiedyś mieli kota. Mówisz, że widziałeś dobry film i słyszysz, że oni też, go widzieli. Nie! Nie będę jej mówił nic o sobie! Nie chce gadać do lustra!”

- Siedzisz wygodnie - zapytała.

Nie odezwał się.

- Łukasz! Dlaczego nic nie mówisz?

- A co mam mówić? Czy mam powiedzieć, że kryzys ekonomiczny dosięga każdego człowieka w naszym kraju? A może opowiem o bandycie, którego wypuścili z więzienia, a on z wdzięczności i umiłowania odwiecznej prawdy „oko za oko – ząb za ząb” zarąbał świadków swojego procesu? Aniu! Takie rzeczy możesz usłyszeć w telewizji. Ja nie jestem wiarygodnym źródłem informacji. Mój ograniczony świat kręci się wokół donicy na parapecie i wyrastającego z niej badyla.

- Łukaszku. Dlaczego nie możesz być normalny? Ludzie lubią dzielić się poglądami na „ten” lub „inny” temat.

- Mylisz się! Ludzie nie chcą słuchać innych. Ludzie chcą udowodnić, że mają coś do powiedzenia. Słuchają, więc tylko po to, aby szukać odpowiedzi. Tak jest zazwyczaj, ale gdy słyszą coś absolutnie oderwanego od ich doświadczeń – ignorują „to”. Rozmówcę nazywają szaleńcem lub oderwanym od rzeczywistości autsajderem. Robisz dokładnie tak samo.

- A pamiętasz morską chorobę, którą zakończyła się inspirowana przez Ciebie wyprawa „wilków morskich”?

Łukasz zapadł się w fotel.

- Pamiętam.

- A pamiętasz powódź w kawiarni?

- Aniu! Pamiętam! Pamiętam i nie żałuję. Naprawdę nie musisz…

- Nie mówisz poważnie. „Nie żałujesz”?

- Mówię poważnie. Pamiętam i nie żałuję. Nigdy nie dowiedziałabyś się, że cierpisz na morską chorobę i nigdy nie dowiedziałabyś się, że księżyc ma znikomy wpływ na unoszenie się wód w rurach wodociągowych. Mnie takie rzeczy inspirują.

- Mnie nie! Ale wiesz, co? Każdy ma swojego „kota” w domu. Myślałam, że mamy tego samego, ale widzę, że jednak – nie!

Anna wstała.

- Łukasz, a jak już dojdziesz do wniosku, że nasze koty powinny się spotkać znajdziesz mnie u Małgosi. Muszę pogadać o prozaicznej wycieczce do ...., którą dla nas kupiłam. Kupiłam, gdyż wiem jak lubisz to miasto.

 

 

 

08:27, rapityn , proza
Link Komentarze (4) »
Tutaj kupisz ciekawe fototapety do kuchni od Agaton Studio które można umieścić między wiszącymi szafkami i blatem roboczym. Fototapety dopasowywane do indywidualnych wymiarów.