poezja na faktach, poezja techniki, poezja miłosna, poezja limeryki, proza, monologi i opowiadania - wrocławskiego autora Piotra Raszewskiego *rapityn*

proza - listy

czwartek, 05 maja 2011

obraz ze zdjęcia

 

 

 

Drogi Wuju, najszybsze na świecie jest światło. Nic szybszego nie istnieje. Równie szybki jest wprawdzie prąd elektryczny, ale on wymaga kabla i właśnie o ten kabelek chodzi.

 

Siostra Twoja, a moja matka zwróciła na ten drobiazg uwagę w zeszłym tygodniu. Przyszedł do nas przedstawiciel telefonów komórkowych i zaproponował, że podłączy nam telefon.

 

  • Gdzie Pan podłączy telefon – zapytała rozdrażniona.

  • Tutaj. Do domu, albo ogrodu. Teraz, nie ma znaczenia „gdzie”. Technika proszę Pani.

 

Matka spojrzała na niego wymownie.

 

  • Panie! Jaki telefon? To my już 30 lat czekamy na podłączenie telefonu. U nasz w we wsi, to tylko Sołtys ma telefon. Zresztą na co komu telefon jak my wszyscy za płotem mieszkamy?

  • Ale telefon jest potrzebny! A jak Pani zachoruje?

  • Jak choruję, to Babkę Anielę wzywam.

  • No, ale nie musiałaby Pani po nią chodzić. Zadzwoniłaby Pani.

  • To ja nie chodzę. Kacpra wysyłam.

  • A jak Kacper nie będzie mógł iść – zapytał bystro Pan od telefonów.

  • Kacper... - zamyśliła się matka – Kacper – krzyknęła matka, a jak wszedłem do chałupy, to zapytała – boli Cię co synku?

  • Nie!

  • A powiedz Panu kiedy Ty chorowałeś.

  • Ja mamo chorowałem tylko raz jak nogę zwichnąłem na tym Panu co nam pralkę automatyczną chciał sprzedać.

 

Matka wymownie spojrzała na Pana od telefonów.

 

  • Widzi Pan. Kacper nie choruje! Może tylko czasami nogę zwichnie na jakim miastowym co kit nam zamierza wciskać. Jak drutu nie ma, to i telefonu nie będzie. Wszyscy TO wiedzą, a jak mnie kto w wariata robi, to Kacper leczy go z głupoty szybko.

  • Ano widzę – odpowiedział i wybiegł z chałupy.

 

Jak się Wuj domyśla tylko my nie mamy telefonu. Wszyscy we wsi mają, a u nas nie ma. Teraz oni dzwonią i gadają z prędkością światła, a nam pozostaje wołanie zza płotu. Mnie, to nie przeszkadza, ale jak Wuj wie prędkość dźwięku jest dużo mniejsza od prędkości światła i w naszej chałupie zaczyna trącić akustycznym zacofaniem.

Twój Kacper

wtorek, 26 kwietnia 2011

 

 

Fototapeta nowy jork

 

 

 

Drogi wuju.

Wiosna! Wiosna przyszła do naszego ogrodu i rozłożyła się wygodnie na rabatach i drzewach. Piękna ona, a jednak jakiś dziwny rodzaj tęsknoty we mnie wzbudza. Stan podobny do tego, gdy onegdaj z Wujem telewizję oglądaliśmy i Amerykę pokazywali. Wuj pamięta? Wieżowce, mosty i taksówki. Wszystko ogromne i nieosiągalne. Wuje wie, że nadal nie możemy do Ameryki jechać? Skoro biedni jesteśmy, to wizy nam nie dadzą. Ja to bym nawet na ten bilet nazbierał, ale jak tu jechać skoro wjechać nie można.

Matka moja, a Twoja siostra powiedziała, że jej Ameryki wystarczy tyle, ile jej widać w telewizorze, a ja bym jednak pojechał. Pospacerował po ulicach, na ludzi popatrzył i pamiątkę jaką przywiózł. Nawet kawałek kamienia – amerykańskiego kamienia.

 

Myślałem Wuju długo jak owe wizy obejść i wydaje mi się, że znalazłem wyjście. Powiem krótko, należałoby wymyślić coś takiego czego w Ameryce nie mają, a bardzo by chcieli. Mają prawie wszystko. Może Wuj wymieniać całe życie, a i tak będą to co Wuj wymieni mieli. Lodówki – mają, szelki do spodni – mają, taksówki – mają. Wszystko mają oprócz … Kacpra, czy mnie. Mnie w Ameryce nie mają i w tym upatruje nadzieję. Nie wiem tylko jak zrobić, aby mnie jako swoją potrzebę traktowali. Wpadłem nawet na pomysł, aby sprawdzić swoją potrzebę dla Ameryki. Zgłosiłem się do aukcji w internecie. Ceny nie wystawiłem. Niech rynek sam się wypowie. W treści ogłoszenia napisałem natomiast:

„Młody i przystojny o mądrym spojrzeniu, zdolny do wielkich czynów i jeszcze większych poświęceń postawi swą stopę w Nowym Jorku. Cel wizyty niesprecyzowany, ale szlachetny. Chętni do wspomożenia wyprawy proszeni są o licytowanie”.

Cóż, to się Wuju działo! Ludzi na aukcję wchodziło mrowie. Niestety aukcję zamknięto. Wiadomość od administracji serwisu dostałem, że zamknięto z uwagi na niedokładnie sprecyzowany cel aukcji. To jest właśnie Ameryka. Nawet jak człowiek ma ochotę zrobić coś po swojemu muszą mu skrzydła podcinać i w szufladki wkładać. I teraz nie wiem, czy nadal mi się do Ameryki chce jechać.

 

 

niedziela, 16 sierpnia 2009

 

obraz namalowany przez Jacka Jerkę (Yerka)

obraz Jacka Yerka

 

 

- Wuj śpi – zapytałem cicho.

Z pogrążonej w ciemności izby dobiegło chrapanie.

- A zatem śpi – powiedziałem szeptem i równie cicho jak wyrzekłem te słowa wyszedłem z izby.

 

„No i dobrze, że śpi. Nich się Wuj wyśpi, a rano porozmawiamy”.

 

Przyznaje, że rozmowa „lico w lico” z Wujem odrobinę mnie przerażała. Wyjąłem, więc kartkę papieru i kontynuując ostatnie dwanaście lat korespondencji, list pisać zacząłem.

 

 

 

Drogi Wuju

 

Wiem, że Wuj, tuż za ścianą smacznie pochrapuje, ale że nie nawykłem do rozmowy z Wujem list ów piszę na ganku, a ciemności rozświetlam jeno marnej jakości latarką. Latarkę ową jutro Wuj zobaczy i sam stwierdzi, że krów doić przy niej nijak nie można. Fakt bezsporny! Matka jednak uważa inaczej.

 

Matka!

 

Matko Boska! Alem się dzisiaj przeraził! Matka, gdy usłyszała, że Wuj do chałupy wraca na klęczki padła i modlitwy do nieba wznosić zaczęła.

 

Wieś już od dawna jest przekonana, że głos matki posiada ukryte walory biblijnych trąb jerychońskich. Przeraźliwy jest i nie do zniesienia, co obawę we mnie wzbudziło, że wysłuchanym przez niebo będzie. Przecież nikt owego głosu dłużej niż pięć minut nie wytrzyma. Toż, to nawet nasz pasterz niebieski, ksiądz Alojzy, gdy matkę na mszy usłyszy, daje sygnały organiście, aby grać głośniej zaczął. Wuj tego nie wie, ale organista ślepawy na jedno oko, które mu wykłuli przy śliwowicy i w takich chwilach ksiądz macha wszystkimi kolorami swojego tęczowego nakrycia.

 

Szczęśliwie niebo więcej wytrzymałe od ludzi i Wuj jednak do chałupy przyjechał.

 

Wiem, że Wuj lubi opowieści z dreszczykiem, a że organiście taka właśnie się przydarzyła, napiszę jak było.

 

Poszło tedy o wdowę po księdzu. Cóż ja piszę? Przecież ksiądz nie może mieć żony, a zatem i wdowy. Zasada naczyń połączonych. Ksiądz miał …, nie wiem jak to Wujowi wyłożyć… Olgę, która mu gotowała, prała, sprzątała i dziećmi się opiekowała. Później Olga zmarła, a stypa odbyła się w remizie. Ta remiza widać zły wpływ miała na naszych chłopów, gdyż ogniście stanęli murem przy zdaniu, że nie w nazewnictwie, ale w naturze siła i Olga jak nic powinna na grobie mieć nazwisko męża.

 

Tutaj obruszył się organista Jędrzej i wbrew rozsądkowi, pijanych chłopów namawiać ich zaczął, aby języki powstrzymali.

 

Wuj myśli, że powstrzymali?

Nie! Nie powstrzymali.

 

Przycichli jeno na chwilę, ale podobnie do garnka pełnego łupin, gdy go postawić na ogniu, wystrzelili nagle ze zdwojoną siłą.

„Ty bucu”, „Bydlaku”, „Popaprańcu”, „Pępkowy agitatorze”, „Czyraku niewyciśnięty”. Takie oto głosy się odezwały. Głosy jednak szybko umilkły, a na środek sali wyszedł Jan, od Konopów, który księdza za zniewagi wyborcze wyjątkowo nie lubił. Krzyknął ów Jan

 

„Dość! Nie będzie nam pokraka niemoralna w głowach mącić. Dalejże chłopy. Do dzieła! Skoro organista taki ślepy, niech i ślepota jego ma uzasadnienie w naturze”.

Gdy już kurz opadł, a chłopy na powrót przy ławach zasiedli, organista z marzeniem o protezie oka samotnie się ostał pod stołem. Szczęściem napity był i bólu nie czuł. A ból podobnież przy tym okropny.

 

Nadal jednak łuskał chłopom:

„Co wy chłopy! Powariowali! Co w czterech ścianach, to nie na oku. A który to z was w chałupie sekretu, jakiego nie ma?”

 

Chłopy zastygli. Wiadomo, że organista z księdzem najbliżej byli i zwierzali się sobie przy niedzielnej śliwowicy. Tajemnica spowiedzi, rzecz święta, ale Jędrzej zły i napity…

 

„Ty na ten przykład Konopa już od dziesięciu lat do Jasła jeździsz, aby …”

„A ty stul pysk” warknął zdenerwowany Jan Konopa „Stul pysk, bo jak trzasnę cię raz jeszcze…”

 

Organista zamilkł, a chłopy na wszelki wypadek do chałup się rozeszli.

 

Następnego dnia w sprawie oka organisty, policjanty z Jasła do wsi przyjechały. Nieszczęście sprawiło, że byliśmy z matką ostatnimi, do których przyszli. Matka, aby władzę w dobry nastrój wprawić mlekiem częstowała. Policjanty wypiły i podziękowały. Każda chałupa w dobry nastrój ich wprawiała. Ten miodem, inny chlebem ze smalcem, jeszcze inny kwaszeniakami. Matka jednak tego nie wiedziała. Mleko jak Wuj wie nawet małym dzieciom się podaje, a zatem złośliwości matki nie podejrzewam. Ot stała się tragedia i urzędowe tyłki na trzy kwadranse w naszym wychodku utknęły.

 

Czas mi się dłużył niepoliczalnie. Patrzę dookoła i widzę, że policjanty swoje notatki w sprawie Jędrzeja przed moim nosem zostawili. Jak nic z rozpędu i naturalnej potrzeby parcia na wychodek o nich zapomnieli. Czytam, więc zerkając jednym okiem na wygódkę.


 

 

asp. Tomasz Kociołek                                                      Jasło 16.08.2009

sierż. Marcin Walusiak

KPP w Jaśle

 

Notatka Urzędowa

 

W dniu 16 sierpnia 2009 rokum, po zgłoszeniu telefonicznym Jędrzeja Opata, który pełni funkcję organisty w kościele św Jana udaliśmy się do wsi … Na miejscu zastaliśmy zgłaszającego, który wyjaśnił, że w dniu wczorajszym tj 15 sierpnia w remizie strażackiej podczas odbywającej się stypy po Oldze Podczaszej utracił w wyniku ataku miejscowej ludności lewe oko. Oko przedstawił jako dowód rzeczowy (oko w foliowym woreczku z napisem „ogórki kiszone” załącznik nr 1).

 

Zgłaszającego z uwagi na mocny odór alkoholu wydobywający się z ust przebadano Alkometrem Max ustalając 3,21 promila w wydychanym powietrzu (protokół użycia alkometru – załącznik nr 2).

 

Natychmiast przystąpiono do działań mających doprowadzić do zatrzymania sprawców. Przesłuchano świadków oraz osoby związane z Jędrzejem.

 

Wszelki zebrane dowody (protokoły przesłuchań świadków – załączniki od 3 do 61) wskazuj jednoznacznie, że w sprawie zgłoszenia należy wykluczyć działanie osób trzecich, a zdarzenie zakwalifikować jako splot nieszczęśliwych okoliczności, które w naturalny sposób doprowadziły do defektu twarzy Jędrzeja Opata.

 

Organista oko utracił w sposób naturalny tj bezwzględnych sił natury.

 

Fragmenty przesłuchań:

 

Stanisław Jary:

 

„Jędrzej Podczas stypy niezwykle się napinał się w sobie. Mówilim mu aby se zwolnił, ale on  nie reagował i coraz czerwieńszy był na pysku. Takiej wielkiej - napompowanej głowy jużem dawno nie widział. Wreszcie po którymś z kolei kielichów pac oko z ciśnienia na stół mu wypadło.”

 

Ksiądz Alojzy

 

„Jędrzeja znam od lat dwudziestu. Prawy parafianin tylko z wódką i ciśnieniem nie mógł sobie poradzić. PYTANIE – czy ksiądz był w remizie w chwili, gdy Jędrzej Opas utracił oko? Podczas zdarzenia nie byłem w remizie. Księdzu nie wypada. Jędrzeja spotkałem, gdy leżał krzyżem przed ołtarzem. Podszedłem do niego i widzę, że strasznie czerwony na twarzy. Zapytałem, go, co się stało i wszystko mi dokładnie opowiedział. My jesteśmy przyjaciółmi. Bełkotał, ślinił się, mlaskał, ale zrozumiałem wszystko i muszę z przykrością stwierdzić, że do jego nieszczęścia przyczyniła się wódka i nazbyt wysokie ciśnienie wytworzone bezmyślnym mieleniem języka.”

 

Mając powyższe na uwadze postanowiono odstąpić od dalszych czynności w sprawie dotyczącej zniekształcenia twarzy Jędrzeja Opasa.

 

Sporządził

asp. Tomasz Kociołek

 

 

Wuj wie, że nigdy nie byłem atrakcyjnym kąskiem dla rewolucjonistów. Różni przychodzili. Telefony komórkowe chcieli zakładać, Internet w chałupach montować, kanalizację podłączać. Mnie zawsze do wsi było bliżej niźli do obcych. Skoro wieś powiedziała „Tak”, to i ja się zgadzałem, a gdy krzyknięto „Veto”, tedy i ja byłem przeciw. Tak i tym razem się stało. Skoro wieś uznała, że Jędrzej z napięcia krwi w głowie wywołanego mieleniem języka oko utracił, ja sprzeciwiać się nie zamierzałem.

 

Policjanty były zadowolone.

 


 

 

sobota, 17 maja 2008


 
 
Drogi Wuju.

         Wuj pamięta Maliniaka, sąsiada naszego, którego chata stoi najbliżej lasu? Matka opowiada, że w czasach, gdy mieszkałeś we wsi, Maliniak traktowany był jak rzep przy psim ogonie. Nikt z nim w dyskusje nie wchodził, a i On nikogo o zdanie nie pytał. Tamte czasy minęły, a Maliniak okazał się być człowiekiem, który demokrację skrajem pola swego do wsi naszej wprowadził. Mnie się zdawało, że tym polem, miastowe do niego po nocach przychodzili, aby bimber pić, palić skręcane z zielonej trawy papierosy i mordę drzeć, ale teraźniejszość jasno wykazała, że się myliłem. Zresztą nie ja jeden w błędzie jak w ciasnej dziupli tkwiłem - cała wieś się myliła.

        Teraz u Maliniaka nikt bimbru nie pije. W sklepiku przy kościele cała półka gorzały tylko dla niego i gości jego luksusowych jest wystawiona. Mnie nazw tych wódek, co je Tomaczak – właściciel sklepu, Maliniakowi poleca, nawet pamięć nie przyswaja. Był to chyba…, „Janek Wędrujący”, albo „Janek Wędrowniczek”…, nie pamiętam nazbyt dokładnie. Gorzał tak drogi, że i z miesiąc pić można za jedną jego butelkę.

         Nie wspomniałbym Tobie Wuju Maliniaka, gdyby nie to, że on na urząd sołtysa we wsi nastawać zaczął. Każdy wie, że od wieków Janiaki mają prawo do tego urzędu. Pierwszym naszym sołtysem był Janiak Jan, po nim Zbigniew, Jerzy, Maciej, Adam i… tak dalej aż do obecnego Janiaka Łukasza.

          Maliniak korzystając z niewytłumaczalnej szczodrobliwości księdza dobrodzieja, pojawił się niespodzianie na mszy niedzielnej w kościele naszym. Wszyscy we wsi chodzą do kościoła, a zatem nic szalonego w tym nie ma, że i Maliniak do niego zawitał. Gdyby jednak o sam pobyt Maliniaka w tym świętym miejscu chodziło głowy bym Wujowi nie zawracał. Sprawa tyczy jego mowy, którą wygłosił na kościelnej ambonie. Pojawili się na niej we dwójkę ksiądz i Maliniak - Kaim i Abel wsi naszej. Który to Kaim, a który Abel rozsądzić w swojej głowie nie potrafię.

         Pierwszy odezwał się Ksiądz przedstawiając nam Maliniaka z nazwiska i imienia. Można by pomyśleć, że pierwszy raz Go na oczy widzieliśmy. Głupie to było i naciągane, a w bystrzejszych mieszkańcach – jak choćby u Konopy, który z niejednego pieca chleb jadł – przypomniało dawne czasy wystąpień partyjnych. Chłop na tych sprawach zna się nadzwyczajnie, gdyż kilka lat w Warszawie mieszkał na Wiejskiej i wiele takich wieców widział.

Malink, gdy do głosu doszedł, łuszczyć nam zaczął swój pogląd na sprawę Janiaka.

- Janiak, to wróg nasz największy. On nawet, gdy deszcz z nieba pada, na pole wychodzi i ziarno siejąc autorytet wioski przed okolicznymi wrogami siołami zaprzepaszcza.

        Każdy we wsi wie, że pogoda nam nie sprzyja. Ilekroć wieś siać wychodzi, natychmiast radosne i słoneczne niebo w bańkę deszczówki się zamienia. W pierwszej chwili nie zrozumiałem, do czego Maliniak zmierza, alem dość szybko się połapał, że Maliniak oskarża ród Janiaków o klęski powodziowe, jakich wieś doznaje.
„Hola” - pomyślałem – „Jak to, Janiak za deszcze ma odpowiadać?”

To co ja pomyślałem, Janiak na głos wyraził.

- Hola, o co Ty mnie Maliniaku paskudny oskarżasz – zakrzyknął Janiak, głowę do góry podniósł i hardo w oczy mu spojrzał.

- Sami widzicie, jakim On jest sołtysem – odpowiedział Maliniak – wyzywać tylko potrafi.

- Wyzywać Cię łajzo nie będę, bo w świętym miejscu stoimy, ale wiem, co z Ciebie za ziółko..., oj znam ja Twoje grzeszki.

Ksiądz słysząc, że Janiak bliski jest tego, aby prać brudy Maliniaka w kościele, czym prędzej do góry spojrzał i łagodnie przemówił.

- Cóż też uczynić chcecie? Dzieci nie godzi się kościoła w pralnię zamieniać. Powściągnijcie języki swoje, gdyż niebo patrzy na Was i uczynki Wasze widzi jak na dłoni. No czas na Ciebie Maliniak. Czas w ławce usiąść i wysłuchać tego, co Pan ma Tobie i innym do powiedzenia ustami mymi niegodnymi.

          Maliniak usiadł w ławce, a ksiądz ambonę na jednoosobowe stanowisko miłości zamieniwszy do słów dobrem ociekających powrócił. Przeplatając baranki bez skazy z łagodnymi owieczkami niewinności nie zauważył jednak chmury gradowej wzbierającej pod jego bokiem. Janiak nadal wzburzony frontalnym atakiem Malinikowych podejrzeń nijak skupić się nie potrafił na łagodności i pokoju. Gniew zrodzona w trzewiach ku górnym partiom ciała podnosić się zaczęła i Janiak niczym wulkan Krakatau wywalił w górę czapę spokoju, a lawa z jego ust przeniknęła na posadzkę świątyni.

- Maliniak, cholero niegodna – zaczął Janiak i wstając z ławki do wroga swego się zbliżał – Dziadu perfidny! Myślisz, że jak gościsz pijaków z Warszawy to wszystko Ci wolno? Gówno tam. Nie myśl sobie, że pijakami się będziesz zasłaniał. Mnie na urzędzie nie zależy, ale pomiatać sobą nie pozwolę.

          Ksiądz widząc, że tuż pod jego stopami wojna się szykuje na organistę spojrzał i „Ave Maria” śpiewać zaczął. Nikt jednak śpiewu nie podchwycił. Każdy wie, że jak się w gumowcach ubabranych w gnoju do najpiękniejszego nawet pałacu wejdzie to ten pałac w chlew się zamienia i nie książętom, ale świniom w nim spacerować wypada. Obraził się ksiądz, obraził się organista, obraziło się stado baranków pokoju i miłości, a i nieskazitelne owieczki się obraziły. Zebrali się wszyscy w kupę i na zakrystię wyszli z zamiarem sprzątnięcia gnoju, gdy tylko świnie ze świątyni wyjdą.
 
          Ciekaw byłem dalszego rozwoju wypadków, ale po wyjściu księdza, Maliniak ze strachem w oczach zaraz za nim na zakrystię uciekł. Nie wiem czy księdzu, gdy wpuszczał go do siebie smród polityki przestał przeszkadzać, czy może łatwiej mu było ów przykry zapach w samotności znosić.
 
         Janiak widząc, że główni aktorzy ze sceny zeszli, pochylił się w stronę ołtarza, a wychodząc ostatnie słowo tej mszy wygłosił.

- Tfuuu i wcześniej bywało, że smród tu czułem. Teraz jednak tak cuchnie, że wytrzymać nie można. Jak nic sam Chrystus zbawiciel przyjść musi na ziemię i uprzątnąć gnojownik w swoim domu bo te jego sługi to chyba zapomniały po co na ambonę wychodzą.
 
         Mnie Wuju tylko jedno zastanawia. Dlaczego Maliniak tak bardzo sołtysem chce zostać. Pieniędzy z tego nie ma żadnych, ludzie jęczące stale na głowie siedzą, decyzje przeróżne podejmować trzeba i upominać się o wioskowe sprawy. Rozsądnego wyjaśnienia w swojej głowie znaleźć nie potrafię. Matka mówi, że jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze, ale co tam matka może wiedzieć. Janiak nawet traktora nie ma, a dobre imię to tylko wtedy się do niego uśmiecha, jak co komu załatwi. Tyle, że Maliniak może ma inną wizję sołtysowego urzędu. No, ale jak inną to, jaką?

Twój siostrzeniec
Kacper



jeżeli masz ochotę przeczytać o innych przygodach Kacpra kliknij na dział "Proza - Listy" znajdujący się na górnej listwie lub kliknij -------> t u t a j


piątek, 09 maja 2008

 

Drogi Wuju

       Wprawdzie u większości ludzi nieszczęścia chadzają parami, ale u mnie, maszerują w kolumnie wojskowej czwórkami. Ich militarny charakter jest dla mnie oczywisty. Wojna została wypowiedziana i wiem, że lekko nie będzie. Nieszczęścia zgrupowane w pechowych oddziałach niezwykły spryt, bowiem wykazując, najpierw sondują teren pomniejszymi nalotami, aby po chwili zaatakować główną siłą.

        Przytoczę Wujowi jeden z dni, abyś mógł sobie wyrobić zdanie na ten temat.

        Kilka dni temu nieszczęście sprawiło, że obudziłem się we wtorek. Dzień jak sama nazwa wskazuje powinien być radosny, pogodny i słoneczny. Wtorek bowiem to nic innego jak wtórnik, retórnik, odtwórnik…, a że dzień mój poprzedni zakończył się miłosnym uniesieniem, śmiałem przypuszczać, że i ów wtorek taki będzie. Wtorek jednak, okazał się być wyssaną z palca kompromitacją nazewnictwa, jakie się mu przypisuje. Szczęśliwy dla większości, mnie przyniósł zgryzotę, zgliszcza i popiół w miejscu, gdzie gmach miłości stawiałem wraz z prześliczną sąsiadką naszą – Jagienką.

         Wstając z łóżka w ów perfidny dzień, a będąc nie do końca rozbudzonym wdepnąłem w świeżo wyprany przez matkę moją, a Twoją Wuju siostrę, dywanik. Niby nic złego się nie stało, ale matka, gdy tylko zauważyła na śnieżnej bieli dywanika czarny odcisk mojej stopy, od razu się zorientowała, że nóg przed spaniem nie umyłem. Gdybym ów ślad zobaczył przed matką natychmiast bym go usunął, ale jak się Wuj zapewne domyśla będąc zaspanym wylazłem jak cielak na podwórko i z uśmiechem na twarzy wymalowanym poniedziałkowym szczęściem do jabłonki rosnącej przy płocie podszedłem. Wprawdzie matka wyszła zaraz za mną, ale zauważyłem ją dopiero, gdy wylała na mnie wiadro lodowatej wody.

- Kacprze! Ty łajzo! Już ja Cię nauczę myć nogi przed spaniem!
- Matko, co mamusia robi – zapytałem, widząc, że matka wąż ogrodowy podnosi.
- Nauczę Cię cholero, oj nauczę Cię myć nogi.
- Ale co mamusia…, mama da spokój! Mamo! Niech mama tego nie robi.

          Powiedziałem, brwi groźnie marszcząc, ale matka zupełnie mnie ignorując kurek odkręciła i ruchem wahadłowym rękę prowadząc, celowała we mnie w zadziwiający sposób odgadując każdy mój ruch następny. Widząc, że nie dam rady się uchronić i powódź biblijna zgubnym brakiem tlenu niechybnie ściśnie moje płuca, uciekać zacząłem na podwórko z zamiarem skrycia się w chałupie. Niestety nieszczęście po raz drugi tego dnia ustawiło zaporę na mojej drodze. Zaporą okazał się być nasz pies ukochany - Skorek. Głupie bydle zamiast ratować mnie z opresji omotało się wokół nóg moich niczym wąż dusiciel i dalszą ucieczkę uniemożliwiło. Na domiar złego, gdy starałem się wykaraskać z miłosnych uniesień Skorka wykopyrtnąłem się w kupę obornika zbieranego przez matkę dla nawożenia pomidorów. Matka spokojnie podeszła do mnie i popukała się w czoło.

- Oj Kacprze! W kogo Ty się wdałeś? Twój ojciec – czyścioch, dziad i babka jemu podobne. Nawet Twój Wuj smrodu nie lubi. Wstawaj zaraz, bo takiego śmierdzącego, jakim jesteś na pewno Cię do chałupy nie wpuszczę.
- Dobrze mamusiu – odpowiedziałem pokornie.

        Matka do chałupy poszła, a ja stanąłem przy studni.

- Zwariowałeś – zapytała, gdy mnie zobaczyła.
- Ja…, nie, a dlaczego?
- Przy wodzie pitnej mam Cię szorować?

        Fakt, całkiem od tego smrodu zmysł rozsądku postradałem i kołysząc się na wietrze prostych decyzji te bardziej idiotyczne wybierałem. Zrozumiawszy pomyłkę wróciłem się natychmiast do kompostnika.

- Nie no, Kacprze, ciebie nawet na chwilę spuścić z oka nie można. Kompostnik chcesz mi popsuć detergentami, którymi myć Cię zamierzam?
- No to, gdzie mam iść matko?
- Stań pod jabłonką i się rozbieraj. Jabłonka już jabłka wypuściła i detergenty im nie zaszkodzą.
- No, co mama?
- Rozbieraj mówię.
- Matka nawet nie żartuje w taki sposób.
- Nie masz się, czego wstydzić, nie jeden raz nagiego Cię widziałam i wiem, że „te” sprawy są u Ciebie w jak najlepszej normie.

         Matka doskonale wyczuła wstyd, jaki czułem tyle, że nie o jej obecność mi szło, ale o ewentualność pojawienia się Jagienki – sąsiadki naszej.

- Nie mamo! Nie rozbiorę się!
- Jak sam chcesz – odpowiedziała i włączyła wodę z hydrantu.

        Oczywiście zimna woda nie ma w sobie takiej mocy, aby gnojownik wymyć i matka po chwili oczy ku niebu uniosłwszy jeszcze raz do nagości mnie przyzwała.

- Ale szybko się matka uwinie – zapytałem.
- Szybko, szybko…, tyle ile będzie trzeba.

        Przezornie zanim się rozebrałem mydło rozmydliłem na dłoniach, aby będąc nagim czasu na tę czynność nie tracić. Okazało się, że zapobiegliwość moja była głucha na nieprzewidywalne sploty okoliczności, gdyż przy ściąganiu spodni pośliznąłem się na zgniłku jabłczanym, a śliskie dłonie mając nie zdołałem twardym chwytem gałęzi objąć i wywaliłem się jak długi na trawę.

- Patrząc na Ciebie Kacprze zastanawiać się zaczynam, czy Ty specjalnie to wszystko robisz, czy może to jest nowoczesny taniec godowy, który odstawiasz przed Jagienką?

        Pominąłem tą złośliwość milczeniem, a wstając zrezygnowany uważałem tylko, aby znów w jakąś cholerę nie nastąpić.

       Matka wodę włączyła i już bez większych przeszkód mycie ukończyłem.

      Gdy byłem już nieskazitelnie czysty, ubzdurałem sobie, że pech minął, że odszedł bezpowrotnie i reszta wtorku radośnie płynąć będzie koleinami poniedziałkowego szczęścia. Niestety szczęście moje podobne do Skorka było. Łagodnie uśmiechnięte do nóg się łasząc i machając przyjaźnie ogonem, ale gdy już blisko było plątało się między sznurówkami z równowagi wytrącając.

        Złudzenia prysły, gdy za swoimi plecami z rosnącego przy drodze krzaku porzeczek brawa usłyszałem. Można by się dziwić na widok klaszczącego krzaku, można by pomyśleć, że nie jest normalne, aby krzak czarnych porzeczek tak spontanicznie okazywał emocje, ale ja drogi Wuju wiedziałem, co za tą euforią się kryje. Brawa ustały, a krzak ujawnił swoje przewrotne wnętrze wypuszczając na światło podwórka kilkanaście ukrytych za nim osób.

- Brawo Kacprze, brawo – krzyczeli i gwizdali sąsiedzi nasi.

       Stałem nagi i patrząc na nich pomyślałem, że jeżeli nawet na swoim podwórku nie można opędzić się od ciekawskich oczu to przeludnienie na naszej maleńkiej ziemi osiąga stan, którego nie jestem w stanie zaakceptować. Szczęśliwie nie dojrzałem między wiwatującymi, Jagienki – miłości mojej. Później okazało się, że tylko, dlatego Jagienki w krzaku porzeczek nie było, gdyż siedziała razem z grupką przedstawicielek piękniejszej części wioski na poddaszu swojej chałupy i chichocząc zerkała na moją prezentację uznając ją za występ lokalnego czipendejsa.

        Skulony poleciałem do chałupy. Nie ma sensu pisać, że gdy już myślałem o upokorzeniach w czasie przeszłym dużym palcem o próg uderzyłem i ze świeczkami w oczach, które pojawiły mi się natychmiast niczym objawienie Fatimskie, dalszą drogę po ciemku przebyłem. Wspominać nie będę, że widzenie mając ograniczone do szafy matki podszedłem i jej spodnie w kwiaty oraz haftowaną koszulę ubrałem, że matka, która mnie po chwili zobaczyła zastanawiała się, czy abym do końca zmysłów zupełnie nie postradał i nie należałby u znachorki czarów nie zapowiedzieć na moje wyleczenie. Pisać tego nie będę, bo i po co.

        Jak sam Wuj widzi zrządzenia losu wirują wokół mojej głowy prawie jak stado drapieżnych motyli. Niby nic, niby niewinne, niby nie zapowiadają nieszczęścia, ale ono jest. Czai się na mnie ukryte jak pies nasz Skorek, gdy listonosza w wiosce zobaczy.

 

sobota, 05 kwietnia 2008


Drogi Wuju.

          Pragnę Tobie zrelacjonować spotkanie, jakie za sprawą pokręconych zmysłów matki mojej, a Twojej siostry odbyło się we wsi naszej.

         Matka doskonale wyczuwając wagę tematu na miejsce zbiórki wybrała kościół. Ksiądz wprawdzie nieśmiało oponował twierdząc: „Kościół droga Pani od zawsze był na bakier z techniką. Wystarczy spojrzeć na ołtarz. Mrugające lampki choinkowe zamontowaliśmy dopiero w zeszłym roku. Zatem Pani wybaczy, ale moim zdaniem Kościół to nie jest dobre miejsce dla …”. „Dobrodzieju” – przerwała wypowiedź księdza matka – „Dobrodziej nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji faktów, jakie wygenerują się w najbliższych miesiącach”.

        Wuj zwrócił uwagę na słowo „generują”, które przez matkę zostało użyte? Matka do owej pamiętnej rozmowy z księdzem słów takich nie znała, a nie znając używać nie potrafiła. Wcześniej powiedziałaby raczej „pies ci mordę lizał” lub „tańcujesz jak kołek w płocie”. Takie techniczne słownictwo mogło się u matki pojawić jedynie pod wpływem ogromnej fascynacji.

       Swoje spostrzeżenia wyłuskałem Księdzu, który wysłuchawszy mnie potwierdził, że i jemu słownictwo matki wydało się dziwne. Za jego namową szukać zacząłem w chałupie źródła owej fascynacji. Matka za namową księdza sugerującego spowiedź przed tak ważnym spotkaniem w czasie, gdy ja chałupę do góry nogami przetrząsałem, siedziała w konfesjonale grzechy swoje obnażając przed stwórcą.

        Niestety, niczego nie znalazłem. Ksiądz, gdy przedstawiłem mu wyniki naszego spisku był niepocieszony. Matka nawet przed stwórcą nie ujawniła celu spotkania, a na dosadne namowy księdza odpowiedziała: „dobrodziej mnie nie ciśnie. Ja nawet podobna do ziarna słonecznika nie jestem i oleju ze mnie nie będzie”. Wobec tak ogromnego oporu, należało zaczekać do piątku.

Spotkanie odbyło się przy pełnej sali.

We wsi, jak Wuj zapewne pamięta, rozrywek prawie nie ma. Był wprawdzie kilka lat temu cyrk, ale tylko przejazdem – więc się nie liczy.

Matka, gdy już wszyscy usiedli w maleńkich ławkach, które normalnie służyły dzieciom przychodzącym na religię, wstała i głos zabrała.

- Z rosnącym podziwem dla twórców LHC pod Genewą śledziłam pojawiające się, co kilka tygodni informacje o tym największym akceleratorze cząstek elementarnych na świecie. Protony rozpędzone w zamkniętym – owalnym, dwudziesto siedmio kilometrowym tunelu, będą rozpędzane do niewyobrażalnych prędkości - bliskich prędkości światła…

         Da Wuj wiarę, do czego to doszło. Matce prędkości kosmiczne się marzą, a najszybciej w swoim życiu jechała sześćdziesiątką do szpitala, gdy mnie rodziła.

- …Innymi słowy w czasie jednej sekundy dystans dwudziestu siedmiu kilometrów pokonają jedenaście tysięcy razy. Przez elektromagnesy rozpędzające cząsteczki płynąć będzie prąd o wartości dwunastu tysięcy amperów…

Na cóż nam wiedza o prądzie tak ogromnym. Mnie się do tej pory wydawało, że młockarnia Maliniaka jest najpotężniejszą maszyną na świecie, gdyż stu amperowi silnik w sobie kryje.

- …Przypominam, że jedną żarówkę w mieszkaniu zasila prąd o wartości niespełna pół ampera, a żelazko pięć amperów. Zastanowiwszy się nad tym wszystkim, naszło mnie pytanie…

- Ale o co w tym wszystkim chodzi?
- czego?
- He?
- Co takiego?

Odezwały się głosy niezrozumienia z sali.
Matka niezrażona nimi wyjaśniała dalej.

- Właśnie chciałam wyjaśnić, do jakich wniosków doszłam, ale oczywiście mi nie pozwalacie.
- Tylko mów normalnie, jak dla ludzi – wyskoczył Maliniak.

Matka spokojnie popatrzyła na niego i poprosiła, aby wstał.

- Wstań Maliniak. Wstań, gdyż na Twoim przykładzie wyjaśnię, jak i co nam grozi.
- Ja? Mnie? Mowy nie ma – bełkotał.

Wieś była innego zdania. Skoro miał zostać wybrany obiekt prezentacji wszystkim wydało się oczywiste, że Maliniak jest idealnym wyborem. Maliniak wstał.

- Widzicie Maliniaka – zapytała matka.
- No – odpowiedziała wieś.
- Ciężki jest chłop z niego?
- Noooo.
- A gdyby tak sprawić, że Maliniak nie miałby masy, gdyby Maliniak unosił się
w powietrzu jak balonik, jak piórko… Oni tam w Genewie szukają tego składnika Maliniaka, który odpowiada za jego masę. Maliniak bez masy!!! – krzyknęła podniecona swoją wizją matka – Pozwolimy, aby oby element zabrał masę Maliniaka?

Wieś zamarła.

Nikt nie był przygotowany na to, co nastąpiło po chwili. Wszyscy wybiegli z Sali, niosąc matkę na rękach. Zdając sobie sprawę, że jestem świadkiem wydarzeń historycznych pobiegłem za wszystkimi. Tylko ksiądz został na miejscu. Modląc się klęczał przed świętym obrazem.

Tłum zatrzymał się przed spożywczym, a głosy, które usłyszałem niezwykle mnie zaniepokoiły.

- Czarownica!
- Spalić czarta!
- Spalić!

Jak Wuj się zapewne domyśla, pozwolić na to nie mogłem. Chociaż konflikt babce drożdżowej podobny rósł we mnie. Matka nie raz sprawiła, że czerwienić się musiałem.

Nie mogłem i nie pozwoliłem. Wieś zamiast matki spaliła wszelkie gazety, jakie miała ona schowane w sienniku i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku udała się do bardziej naturalnych zajęć: prania, pielenia, picia gorzały i dokarmiania trzody chlewnej.

Pomimo, że sprawa wydaje się być załatwiona nie daje mi spokoju przeczucie, że matka ma rację i rzeczywiście Maliniak swojej masy zostanie pozbawiony.



Twój Kacper

sobota, 15 marca 2008

Drogi Wuju.

          Podobnie jak większość moich sąsiadów, zamierzam w najbliższym czasie wyjechać za granicę. Staszek od Konopów, który prawie rok mieszka w szkockim mieście Kilmarnock, napisał do mnie, że tylko głupiec siedziałby w Polsce, gdy cały świat kiwa do nas palcem i zapraszaja do suto zastawionego stołu. Twierdzi, że Anglia - jego nowa matka - zaopiekowała się nim lepiej od matki rodzonej. Przyssał się do jej piersi i nie ma takiej siły na ziemi, która byłaby w stanie, go od niej oderwać.

         Prawie natychmiast po przyjeździe zauważono jego talent w przetwarzaniu ziemniaków, jęczmienia tudzież drożdży na wysokiej jakości bimber. Początkowo miał z tym dużo kłopotów, ale kłopoty się skończyły, a zdolności zostały. Stach opowiadał, że swoją fabryczkę ulokował w małej szopie nad brzegiem morza. Dokonał selekcji posiadłości i wybrał zaniedbaną chałupkę, do której nawet pies z kulawą nogą nie zaglądał. Po wybraniu lokalizacji angielskiej satelity swojej firmy, długo rozglądał się za właścicielem obiektu. Właściciela jednak nie było. Nie muszę mówić wujowi, że sytuacja ogromnie Stachowi odpowiadała. Fundusze, które miał odłożone na czynsz, przeznaczył natychmiast na produkcję. Rozruchowo miał zamiar dosiąść angielską ziemię patryjotycznym stylem na Grunwald 1410 – 1 kilogram cukru, 4 litry wody i 10 dekagramów drożdży, ale zważywszy na środki, którymi dysponował, zaatakował doskonałym bimbrem z róży. Przygotował dziesięć balonów z owocami tej pięknej rośliny i przez trzy miesiące prowadził jej fermentację. Następnie przedestylował i rozpoczął sprzedaż. Pomimo wielkiej ostrożności w reklamie, która na zdrowy rozum kłóciła się z zasadami rynku, jego „księżyc-ówka” bardzo szybko zdobyła uznanie w kręgach przybyłych na wyspę Polaków. Nie uszło to uwadze władz, które zarekwirowały gąsiory, aparaturę i produkt finalny, a Stacha osadziły w lochu. Po kilku tygodniach skruszony i wystraszony wszedł na salę rozpraw. Reprezentujący Stacha adwokat zaproponował, aby w celu ustalenia szkodliwości trunku powołać eksperta w tej dziedzinie. Następna rozprawa odbyła się z udziałem kipera szacownej firmy Johnnie Walker, czyli Jasia Wędrowniczka.

- Dziękuję, że zechciał się Pan pofatygować na rozprawę – powitał specjalistę adwokat.
- Proszę uprzejmie.
- Proszę przedstawić sędziemu swoje sugestie na temat zabezpieczonego specyfiku.
- Trunek, a nie przypadkiem użyłem słowa „trunek”, jest doskonałej jakości. Nie odnalazłem w nim nawet odrobiny niepożądanych substancji. Destylację jak przypuszczam przeprowadzono w najbardziej optymalnej temperaturze 78,4 stopnia celsjusza, a pierwsze 100-150 mililitrów upustu nie zostało użyte w dalszej destylacji. Mogę z całą odpowiedzialnością zapewnić, że pan Konopa jest doskonałym gorzelnikiem.

Prokurator widząc, że jego akt oskarżenia zamula się w rozmarzonych oczach specjalisty poprosił o możliwość zadania kilku dodatkowych pytań.

- Powiedział pan, że bimber pędzony przez oskarżonego jest doskonałej jakości. Proszę, aby ocenił pan, w jakim procencie można uznać jego szlachetność. Jak jakość tego „trunku” – tu prokurator skrzywił się jak Judasz przyłapany na zdradzie – równa się z Johnnie Walkerem produkowanym przez firmę, którą pan reprezentuje.

Kiper przymknął na chwilę oczy.

Stach opowiadał, że w tamtej chwili przypomniał mu się egzamin do pierwszej komunii. Zdał kartkę z odpowiedziami na pytania i czekał na wyrok. Wtedy ksiądz stał na straży roweru komunijnego, a teraz kiper oceniał kunszt jego pasji.

- Przykładam stosunek 90 procent. Jakość trunku wytworzonego przez pana Konopę jest doprawdy wspaniała i ogromną przyjemność sprawi mi zatrudnienie takiego specjalisty.

Prokurator po tym oświadczeniu wycofał wniosek więzienia, pozostając przy żądaniu kary finansowej.

Teraz Stach pracuje w firmie produkującej najlepszy bimber świata. Zarabia krocie i nie musi trenować biegów po zaoranych polach. Trenuje wprawdzie jogging, ale ten różni się od jego polskiej wersji tym, że nikt za Stachem nie biegnie i pałką nie wymachuje.

Drogi Wuju, nie wiem na ile można wierzyć słowom Stacha. Przypuszczam, że wymyślił to wszystko z nudów. Możliwe, że siedzi w angielskich lochach i nie wie, co z czasem zrobić. Możliwe jednak, że się mylę. Proszę, zatem Wuja o pomoc w tej sprawie. Byłeś Wuju kilka lat w Wielkiej Brytanii i jak nikt znasz tamtejszych ludzi.

Muszę jakiś sąd na tą sprawę sobie wyrobić. Jak Wuj wie moją specjalnością jest realizacja niesamowitych pomysłów matki. Potrafię z ziemniaka wystrugać gałkę zmiany biegów, a kalafiora zamienić na strój łowicki. Jeżeli rzeczywiście Stachowi się powiodło, to mam prawo przypuszczać, że mnie pójdzie jeszcze lepiej.

Twój siostrzeniec
Kacper



 

 
1 , 2
Tutaj kupisz ciekawe fototapety do kuchni od Agaton Studio które można umieścić między wiszącymi szafkami i blatem roboczym. Fototapety dopasowywane do indywidualnych wymiarów.