poezja na faktach, poezja techniki, poezja miłosna, poezja limeryki, proza, monologi i opowiadania - wrocławskiego autora Piotra Raszewskiego *rapityn*

proza - klucz

sobota, 19 stycznia 2008

 

Nie potrafiłem się z Nią rozstać. Nie potrafiłem, ale oczywiście się rozstaliśmy.

- Do zobaczenia wieczorem w Rynku – powiedziała Kasia a na pożegnanie pocałowała mnie w policzek.

Nie jestem najmłodszy i wielokrotnie byłem całowany w policzek. Ten pocałunek był jednak zdecydowanie inny niż te ktorych do tej pory doświadczałem. Przyjemny jak delikatny podmuch wiatru znad morza w gorące południe. Był cudowny.

Julian, gdy wszedłem do mieszkania stał w przedpokoju. Widocznie nasłuchiwał moich kroków na klatce schodowej, gdyż nie zdarzało się aby kiedykolwiek czekał na mnie pod drzwiami.

- Nareszcie jesteś. Wiesz, że czekam na Ciebie! Nie ma nic gorszego od czekania. Nienawidzę czekać. Mogę je tolerować jeżeli idzie o błahe sprawy, ale SPINACZE nie są błahą sprawą.

- Wiesz Julian, przestaje mi odpowiadać Twoje towarzystwo. Stałeś się od wczoraj nie do zniesienia. Latasz za mną jak naprzykrzająca się mucha, podsłuchujesz moje rozmowy i starasz się kłamstwami wciągnąć w swoje dziwne przekonania. Powinieneś wiedzieć, że nie wierzę w spinacze. Nie wierzę, że możesz dzięki nim przepowiadać przyszłość i że wtajemniczają Cię w nieznaną innym przeszłość. Bzdury. Zaczynasz kompletnie wariować.

Nie powiedziałem tego ot tak sobie. Rzeczywiście miałem Go już dość. Miałem dosyć wtrącania się w moje życie. Byłem mu wprawdzie wdzięczny za pomoc po awanturze w parku, ale moja wdzięczność bardzo szybko wysychała w palącym słońcu jego

- Rób co chcesz. Pomóż mi tylko ze spinaczami i możesz robić co chcesz.

Weszliśmy do jego pokoju i usiadłem na krześle.

- Pokaż te zbiory – powiedziałem.

Julian wyjął segregator i pokazał mi zebrane przeze mnie ostatnio spinacze.

- Te tutaj – pokazał na jedną z przegródek – one mi jakoś nie pasują. Jesteś pewny, że zebrałeś je na podłodze przy szatni?

Starałem się sobie przypomnieć, gdzie które zebrałem, ale wszystkie wyglądały dla mnie tak samo.

- Możesz mi pokazać kopertę z której je wyjąłeś?

Julian podał mi kopertę na której było napisane: szatnia – podłoga.

Nie chciałem mu wcześniej o tym mówić, ale wchodząc wczoraj do knajpy czułem się jak wariat. Miałem szukać spinaczy w miejscu, gdzie raczej się ich nie widuje. Znalazłem kilka przy szatni i włożyłem je luzem do kieszeni. Później wciągnęło mnie to szukanie ale kopertę wykorzystałem na spinacze znalezione w drodze do domu. Zastanawiałem się czy mu o tym powiedzieć. Wyglądał bardzo dziwnie. Przekrwione oczy i nieobecny wyraz twarzy. Może powinienem powiedzieć, że znalazłem je przy szatni i dałby sobie spokój ze spinaczami. Ostatecznie jednak powiedziałem mu prawdę. Co mnie obchodzi czyjeś szaleństwo.

- Julian, pomyliłem się. To są spinacze z drogi powrotnej a te tutaj – wskazałem na leżące luzem na blacie stołu – są z podłogi przy szatni. Zadowolony?

Nie odpowiedział mi. Nagle wstał i podszedł ze swoimi zbiorami do okna. Mruczał coś do siebie i zapisywał w notesie.

Wstałem.

- Gdzie idziesz?

- Do pokoju – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

- No to dobrze.

Zaniepokoił mnie jego głos. Było w nim tak wiele podejrzliwości i lęku, że moja decyzja o wyprowadzce stała się natychmiastowa.

Wszedłem do siebie i spakowałem rzeczy. Wydawało mi się, że nie mam ich dużo, ale gdy przyszło do pakowania okazało się, że jedna walizka mi nie wystarczy. Resztę drobiazgów, która się do niej nie zmieściła ułożyłem pod oknem. Nie miałem zamiaru po nie wracać, ale Julinowi mogły wydać się obietnicą mojego powrotu i ułatwić mi opuszczenie jego domu.

Spakowany postanowiłem zaczekać do wieczora. Pójdę na spotkanie z Kasią i poproszę ją o pomoc w szukaniu noclegu. Nie miałem wprawdzie na tyle pieniędzy aby zamieszkać w hotelu, ale liczyłem, że razem coś wymyślimy. Razem można bardzo wiele. Znacznie więcej niż samemu.


pozostałe odcinki powieści klucz - kliknij tutaj

piątek, 18 stycznia 2008

 

Kasia czekała na mnie przed „Basztą”. Maleńką knajpką umocowaną w pozostałościach średniowiecznych murów obronnych miasta. Wyglądała dokładnie tak, jak ją zapamiętałem. Szczupła, nie za wysoka i uśmiechająca się do świata pięknymi zielonymi oczami.

- Dzień dobry Kasiu.

- Cześć. Nie lubię czekać – dodała – nie lubię czekać na ludzi z którymi umawiam się na konkretną godzinę. Zawsze się spóźniasz?

- Nie. Przepraszam. Też lubię punktualność.

- Słuchaj, jeżeli kłamiesz a niefrasobliwość czasu jest Twoim sposobem na kontaktowanie się ze światem, to dajmy sobie zwyczajnie spokój.

- Wejdźmy proszę. Wejdźmy do środka i porozmawiamy.

Co jej się stało – myślałem, gdy wchodziliśmy po schodach do knajpki – zdecydowanie wczoraj taka nie była. Udawała?

Przypomniałem sobie słowa Juliana, gdy wychodziłem na spotkanie: „To już nie jest TA SAMA KAŚKA”. Gdzie ja jestem do cholery. Co tu się wokół mnie dzieje. Rozumiem, że stał pod drzwiami i podsłuchał moją rozmowę. Podsłuchał i dowiedział się jak ma na imię. Mógł to usłyszeć, ale nie mógł przecież wiedzieć, że tak nagle się zmieni. Później przez głowę przemknęła mi jeszcze jedna myśl. Myśl o tym, że jest podobno „samospełniające się proroctwo”. Słysząc wróżbę na swój temat zaczynasz podświadomie robić wszystko aby prędzej czy później sprawdziła. Muszę się wyprowadzić od tego wariata. Zdecydowanie nie jestem w stanie mieszkać z nim pod jednym dachem.

Dłuższą chwilę siedzieliśmy w milczeniu. Zalazł mi pod powiekę ten mój Julian. Nie ma co zalazł jak się patrzy. Kaśka odezwała się pierwsza.

- ...a na kawę, to mnie zaprosiłeś, aby sobie posiedzieć i pomyśleć?

- Przepraszam Kasiu. Zamyśliłem się. Nie uwierzysz, ale…

- Tu się mylisz. Uwierzę we wszystko.

Zmroziło mnie. Uwierzy we wszystko? Ze zwykłej przekory chciałem zapytać czy uwierzyłaby gdybym powiedział, że będzie ze mną do końca życia, że każda razem doświadczana chwila będzie świątecznym odpakowywaniem wigilijnych prezentów a każdy oddech stanie się wspólnym pochłanianiem tlenu. Mogłem dodać, że bez siebie nie staniemy się sobą a nasza jedność będzie podobna do jedności jednojajowych bliźniaków. Mogłem zapytać czy wierzy, że taka wspólnota nas kiedyś zabije. Zaszlachtuje nożem zależności. Rozsiecze niemożnością sami istnienia. Uwierzy we wszystko a więc może i w to, że będziemy jak dwa pływające po stawie łabędzie, które w razie śmierci jednego, drugiego amputuje z życia przez brak połowy serca. Wprawdzie nie fizycznej połowy ale tej ważniejszej – połówki serca umiejscowionej, gdzieś między diamentem rozwagi, trawą woli życia, drogą pragnienia poznawania nowego i drzewem pewności jutra.

Nie zapytałem o to. Przeprosiłem za spóźnienie i dodałem jak jest dla mnie ważne aby nie stało się ono płotem niezgody między nami.

- Ja się nie gniewam – powiedziała jakoś inaczej Kaśka – ja się obawiam. Powinieneś to zrozumieć. Ostatecznie każdy raz na jakiś czas odczuwa obawę. Trudno się jej wyrzec i nie można jej bagatelizować. Wiesz o czym mówię?

Jak mogłem nie wiedzieć? Wiedziałem doskonale.

- Tak Kasiu. Wiem doskonale.

Popatrzyła na mnie i zobaczyłem w jej oczach wczorajszą zielonooką Kasię. Kasię zachłanną na miłość. Kasię zachłanną na świat. Odrobinę zagubioną ale tym bardziej pociągającą dla mężczyzny. Sprawiającą, że mężczyzna czuje się przy niej potrzebny.

Zapatrzona w moje oczy objęła dłońmi moje dłonie i cichutko powiedziała:

- Wiesz to dziwne. Czuję się przy Tobie jakbym Cię znała od dawna. Nie wiem na czym to polega, ale wiem co czuję. Mam w sobie ogromną pewność, że mogę Ci powiedzieć wszystko, że wysłuchasz mnie i pomożesz. Zresztą nie chodzi o pomoc w sensie fizycznym. Rzadko się zdarza aby komukolwiek była potrzebna pomoc w sensie fizycznym. Jeżeli człowiek ma podporę psychiczną. Jeżeli czuje, że jutro da mu więcej niż dzisiaj. Jeżeli wie, że pod jego stopami leży mocna skała zaufania, nie potrzebuje pomocy fizycznej. Na co mu ona. Wczoraj przy Tobie poczułam coś takiego. Później natomiast… Później, gdy się rozstaliśmy, ktoś pokazał mi miłość. Pokazał mi to uczucie z zupełnie innej strony. Zrozumiałam, że to co sądziłam o miłości jest fikcją. Kochać to …

Umilkła. Widziałem w jej oczach, jak ogień który na chwilę się nich pojawił nagle przygasł. Coś się stało. Coś w czym każdy potrzebuje się odnaleźć samemu.



pozostałe odcinki powieści klucz - kliknij tutaj

czwartek, 17 stycznia 2008
 
 
 
 
        Następnego dnia, gdy się obudziłem całkowicie straciłem zapał do testowania Juliana i jego spinaczy. Ma swoje spinacze i bardzo dobrze, niech je sobie ma. Potrafi nimi przepowiadać przyszłość, to niech przepowiada. Nie potrafi tego robić, ale łże abym mu uwierzył, świetnie niech udaje. Nie interesowało mnie to. Chcąc czy nie chcąc miałem w głowie tylko jedno. Właściwie powinienem powiedzieć jedną. Miałem w głowie tylko Kasię i jej oczy. Piękne oczy. Oczy, które opowiadały głośniej niż słowa o jej pachnącym ciele i przyjaznym usposobieniu. Czułem całym sobą, że moje leżące tu na wersalce w mieszkaniu Juliana ciało powinno znajdować się przy niej. Czułem, że rozstając się z Nią wczoraj amputowałem sobie jedną z części ciała. Części mi do tej pory nie znanej. Części ciała, która odpowiadała za normalne bicie serca, równy oddech i pogodne myśli.
 
Gdzież jesteś Kasiu moja miła?
 
Śpi pewnie moje kochanie. Kochanie? Nazwałem w myślach Kasię – Kochaniem? Widać tak czuję, skoro tak myślę. Nie broniłem się. Byłem pewny, że wszystko będzie dobrze. Zadzwonię do niej za godzinę i zaproszę na spacer po parku. Nie. Park zdecydowanie odpada. Zaproszę ją na kawę do „Baszty”. Zdecydowanie park nie jest miejscem w którym chciałbym się z Nią spotkać. Za dużo tam kamieni i zwariowanych dzieciaków ubranych na żółto. Pójdziemy sobie do „Baszty”
 
Niech to cholera. Nie wytrzymam tej godziny. Zresztą jak by nie patrzeć, to czasami godzina potrafi rozciągnąć się w nieskończoność. Ta jak mi się zdaje właśnie do takich nieokrzesanych godzin należy. Będzie się ciągnąć i jeszcze na pięć minut przed końcem może się okazać, że telefon przestał działać.
 
Lepiej zadzwonić teraz. Teraz i bez ryzyka.
 
- Halo, Kasia? Pamiętasz, spotkaliśmy się wczoraj? Poznajesz? Tak. Bardzo chciałbym się z Tobą spotkać. Możesz? Tak dzisiaj. No nie wiem, może za godzinę? Kiedyś była taka knajpka, gdzie podawali świetne wino. Podawali doskonałe białe, wytrawne wino i puszczali Stinga. Lubisz. Więc do zobaczenia.
 
Wszedłem do łazienki i szykowałem do wyjścia, gdy do drzwi zapukał Julian.
- Co robisz – zapytał.
- Grzyby zbieram. Julian a co ja mogę robić w łazience? Myję się, golę i wykonuję inne zawiłe czynności z dolnymi partiami mojego ciała o których nie mam ochoty Ci opowiadać.
 
Zdecydowanie nie rozumiem ludzi, którzy zadają pytania na które znają odpowiedź zanim jeszcze ją usłyszą. Czy ja powiedziałem: znają. Pytania na które odpowiedź jest beznadziejnie oczywista. Cóż ja mógłbym robić w łazience? Jak nic Julian chciał porozmawiać. Rozumiem, że chciał, ale nie musi robić ze mnie i z siebie kretyna.
 
- No co tam – zapytałem, gdyż jak mi się wydawało Julian nazbyt długo nie odpowiadał – jesteś tam?
- Jestem. Słuchaj, sprawdziłem te spinacze, które mi przyniosłeś.
- i... ?
 
Nadal rozmawialiśmy przez zamknięte drzwi łazienki, ale gdy zadałem ostatnie pytanie otworzyłem je na oścież.

- Coś nie tak z nimi – dodałem patrząc Julianowi w oczy.
- No właśnie, że nie tak. Chyba Ci się pomieszały. Zupełnie nie pasują do pozostałych.
- Oooo…, nie wiedziałem, że one powinny pasować. Myślałem, że zbierasz je i kolekcjonujesz. Byłem przekonany, że jeżeli wyciągasz wnioski ze swoich znalezisk, to są oparte na ich prawdziwych cechach. Zaskakujesz mnie Julian. Czyżbyś chciał naginać spinacze dla swoich przekonań? Wietrze tutaj jakąś zdradę ideałów.
- Przestań. Nie musisz mnie pouczać. Zapytałem tylko czy się nie pomyliłeś.
- Daj sprawdzimy.
 
Weszliśmy do jego pokoju i zrozumiałe, że było, to z mojej strony beznadziejną głupotą.
Nie powinienem wchodzić do pokoju Juliana, chcąc jednocześnie wyjść za chwilę na spotkanie z Kaśką.
 
- Julian, teraz nie mogę. Muszę iść na spotkanie. Zostaw wszystko jak było a gdy przyjdę zajmiemy się tym. Zgoda?
 
Popatrzył na mnie jak na wariata. Prawie, że słyszałem jego myśli: jakie spotkanie, nie ma nic ważniejszego na tym świecie od spinaczy.
 
Pomyliłem się jednak. Julian myślał zupełnie o czymś innym.
 
- Jak sobie chcesz. Może jednak zanim wyjdziesz na TO WAŻNE SPOTKANIE, powiem Ci, że Kaśka z którą się umówiłeś w ciągu tej ostatniej nocy bardzo się zmieniła. To już nie jest TA SAMA KAŚKA. Zresztą przekonasz się sam. Idź i poszukaj dla mnie spinaczy w tej „Baszcie”.
 
Teraz już byłem pewny, Julian podsłuchiwał pod drzwiami. Czułem się jak skazaniec podglądany przez „oko judasza”. Nie mający wpływu na swoją prywatność więzień zwariowanego kolekcjonera.




pozostałe odcinki powieści klucz - kliknij tutaj
środa, 16 stycznia 2008

 

- Przyniosłeś?

- Julian – odpowiedziałem rozbawiony – no Ty ,to potrafisz człowiekowi spinaczy do kieszeni nasypać. Przyniosłem, przyniosłem. Znalazłem i przyniosłem. Zresztą nie tylko dla Ciebie spinacze znalazłem. Jeden znalazłem dla siebie.

- Ej nie wygłupiaj się. Wiem, że nie zbierasz spaczy. Daj mi wszystkie.

- Julianku, uwierz mi, że tego spinacza nie tylko nie potrzebujesz, ale nawet nie potrafiłbyś właściwie użyć. Za piękny jest dla Ciebie i za bardzo realny.

- No daj. Proszę, daj mi wszystkie. Dasz?

Julian nie poddawał się i stwierdziłem, że z gościem jego pokroju wszelkie zabawy dotykającego jego pasji nie mają najmniejszego sensu. Powinienem mu od razu powiedzieć, że mam dla niego spinacze a dla siebie numer telefonu pięknej dziewczyny. Miałbym spokój i jego wdzięczność. Teraz musiałem wytłumaczyć się temu wariatowi z żartu bo gotów podejrzewać mnie o jakieś władcze myśli dotyczącego jego zbiorów.

- Julian, żartowałem. Stop. Nie proś mnie bo nie zostawiłem dla siebie żadnego spinacza. Poznałem po prostu piękną kobietę i mam jej numer telefonu. To wszystko. Tu masz swoje spinacze. Przekomarzałem się z Tobą i tyle.

Mówiąc to podałem Julianowi spinacze. Wziął i wychodząc z pokoju powiedział:

- Nigdy więcej tego nie rób. Nie wiesz jakie TO jest ważne i nigdy tego nie zrozumiesz. Wiedziałem, że spotkasz tam kobietę. Myślisz, że ja się bawię. Nie bądź głupi. Tłumaczyłem Ci kiedyś jak to się odbywa i dlaczego jedno z drugim ma związek. Widzę jednak, że nie ma szans abyś to pojął.

Julian wyszedł a ja leżałem nieruchomo w łóżku. Czułem się jak motyl przyszpilony w gablocie etymologa. Skąd do cholery wiedział, że spotkam Kaśkę.

Niewiarygodne. Może faktycznie coś jest w tym zbieraniu spinaczy? Po chwili jednak doszedłem do wniosku, że Julian zadziałał jak fachowa wróżka. Wyciągnął ze mnie informacje o przeszłości a później stwierdził, że o wszystkim wiedział. Nie byłem tego jednak pewny i postanowiłem następnego dnia ostro wziąć się do testowania Juliana i jego spinaczy.



pozostałe odcinki powieści klucz - kliknij tutaj

poniedziałek, 14 stycznia 2008

 

- Dlaczego miałam patrzeć na stół – zapytała Kaśka.

- To miała być przenośnia. Nic nie rozumiesz? Prawdziwa miłość potrzebuje stołu. Potrzebuje równej gładkiej powierzchni. Sama w sobie miłość nie ma znaczenia. Ty miłością nazywasz to co czujesz do człowieka, którego poznałaś kilka godzin temu. Bzdura. To nie jest miłość, to jest zauroczenie. Poznałaś tego faceta i pragniesz aby z Tobą żył, robił Ci dzieci, głaskał Cię po Glowie, przynosił kwiaty i mówił jak bardzo Cię kocha. To nie jest miłość Kaśka. To jest pragnienie. Miłość nie opiera się na pragnieniu otrzymywania.

Marta podała Kaśce zdjęcie.

- popatrz sobie.

Na zdjęciu stali obok siebie kobieta z mężczyzną. Pomimo, że trudno było w tej kobiecie na zdjęciu rozpoznać kobietę, którą Kaśka widziała przed chwilą śpiącą w łóżku, domyśliła się tego. Obok kobiety stał mężczyzna. Przystojny mężczyzna. Mężczyzna, który swoją postawą sprawiał wrażenie siły i pewności siebie. Zdecydowania i ciepła. Mężczyzna w którym Kaśka dostrzegła coś znajomego. Nie wiedziała co to jest, ale …

- To zdjęcie zrobiono dwa lata temu – powiedziała Marta – dwa lata temu mogli być wszystkim i robić wszystko ale pomimo, że tak było ni nazywali tego miłością. Po prostu byli przy sobie i wiedzieli, że to co jest między nimi ma w sobie nieoszlifowany diament. Dzisiaj ją widziałaś. Dwa lata temu zachorowała na raka. Leży tam bezwolna a jej ciało gnije. Nie nazywam tego co ona do niego czuje miłością. Miłość potrzebuje stołu. Równej powierzchni blatu. Równej powierzchni z której nie ma możliwości niczego otrzymać. Ona jest jak blat stołu. Nie jest mu w stanie niczego dać. Niczego, rozumiesz? On natomiast. On ją kocha i nie odejdzie od niej. Mógłby być ze mną. Mógłby być z każdą. Widziałaś jego zdjęcie. Zapewniam Cię Kaśka, że to zdjęcie nawet w jednym procencie nie oddaje jego siły. Takich mężczyzn… takich ludzi się obawiam, ale jednocześnie takich ludzi potrzebuje. Zresztą każda kobieta potrzebuje takiego mężczyzny. Każda kobieta marzy o silnych i władczych mężczyznach, którzy potrafią sprawić, że czują się kobietami.

- No ale ty się z nim spotykasz. Marta, Ty … ja nie wiem jak to powiedzieć, ale mi się wydawało, że Ty z Nim…

- No i dobrze Ci się wydawało. Sypiam z nim. Sypiam z nim i mogę Cię zapewnić…, Mogę Cię moja droga zapewnić, że to co jest między nami nie jest miłością. Szybciej nazwałabym to kontraktem. Ja potrzebuje tego samo co on. Potrzebujemy normalnych silnych ciał. Odrobiny piękna i rozkoszy. Potrzebujemy siebie a zatem nie ma między nami miłości. Możemy czasami mówić sobie, że się kochamy, ale oboje wiemy, że to nie prawda. Nie prawda.



pozostałe odcinki powieści klucz - kliknij tutaj 

niedziela, 13 stycznia 2008

 

 

Taksówka odjechała a Marta wzięła Kaśkę pod rękę.

- Nie bój się – powiedziała - teraz nie powinnaś się bać, teraz powinnaś wyostrzyć zmysły aby jak najwięcej zobaczyć.

Idąc powoli weszły na podjazd stojącego najbliżej domu i kierowane przez Martę podeszły do drzwi wejściowych.

Marta przycisnęła kilka klawiszy na zamku cyfrowym przy futrynie i ciężkie drewniane drzwi delikatnie otworzyły się na oścież.

Za drzwiami nikogo nie było.

Kaśka rozejrzała się ciekawie. Wąski korytarz, który ukazał się za drzwiami musiał być niezwykle długi. Nie dostrzegła jego końca. Zresztą nie była pewna jak jest długi. Słabiutkie światło sączące się z dwóch reflektorów umocowanych pod sufitem nie pozwalało dostrzec niczego poza kilkoma metrami przed sobą.

- Wchodź – powiedziała Marta i lekko popchnęła Kaśkę do wnętrza.

Przeszły kilka kroków i Marta zatrzymała się przy jakichś drzwiach.

- Teraz zobaczysz stół.

 - Stół – zapytała zdziwiona Kaśka.

- Tak stół. Później zrozumiesz.

Mam więc zobaczyć stół - jęknęła w myślach Kaśka - wiozła mnie przez całe miasto o 4 w nocy aby pokazać mi stół, który się zakochał. Wariatka. Zupełna i całkowita wariatka. Dobrze czułam, że należy się jej bać. Wariaci są nieobliczalni.

Myśli Kaśki przerwał cichutki jęk nienaoliwionych zawiasów. Drzwi otworzyły się i weszły do środka.

 

Pierwsze co poczuła Kaśka to zapach. Intensywny zapach choroby i lekarstw. Choroby, lekarstw i jeszcze czegoś. Nie potrafiła określić tego zapachu, ale był on był znacznie silniejszy od dwóch pozostałych. Był to nieprzyjemny ostry zapach, który zdecydowanie wciskał się pod powieki i powodował łzawienie. Kaśka przetarła oczy i starała się dojrzeć stół o którym mówiła Marta.

Pomimo, że pokój podobnie do korytarza był pogrążony w półmroku, udało się jej odnaleźć wzrokiem stojący pod oknem mały wypełniony buteleczkami okrągły stolik.

Wpatrywała się w niego przez chwilę do momentu, gdy jej uwagę zaabsorbowało stojące obok ogromne łóżko. Dziwne, że nie powiedziała mi o łóżku – pomyślała Kaśka – to łóżko jest o niebo ciekawsze od stolika. Takie łóżka widuje się już tylko w filmach – dodała w myślach.

Wielki materac z czterech stron podparty wysokimi na dwa metry filarami na których wspierała się rama daszku. Na łóżku spała przykryta kołdrą starsza kobieta. Patrząc na nią Kaśka oceniła, że kobieta ma około 60 lat. Ostre szpiczaste rysy twarzy, siwe włosy, worki pod oczami – ma co najmniej 60 lat – dodała w myślach. Przesunęła wzrok po kołdrze i zaskoczona wpatrywała się w miejsce, które kryło tułów. Nagłe załamanie kołdry, która po wybrzuszeniu korpusu nagle spadała w równinę poziomu łóżka, jasno wskazywało, że kobieta nie ma nóg. Beznogi korpus.

- Ona nie ma nóg - powiedziała cicho Kaśka.

- Cicho – odpowiedziała Marta – chodźmy już.

Kobiety odwróciły się i wyszły z pokoju na korytarz.

- Chodź. Teraz porozmawiamy.

Wyszły cicho z pokoju i Marta zaprowadziła Kaśkę do przestronnej kuchni. Wejście z mrocznego korytarza do jasno oświetlonej kuchni sprawiło, że Kaśka przez chwilę czuła się jak po wyjściu z chłodnego gotyckiego kościoła na plac rozgrzany słońcem i oddechami ludzi.

 

pozostałe odcinki powieści klucz - kliknij tutaj

 

sobota, 12 stycznia 2008

 

                      Kaśka przytuliła twarz do szyby bocznego okna. Czuła jak ciepło i zmęczenie biorą górę nad strachem przed Martą. Niech ta noc już się skończy – myślała – niech już mogę położyć się do łóżka. Gdzie my właściwie jedziemy? Co ja mam takiego zobaczyć? Nie przypuszczała, aby Marta chciała pokazać jej coś pięknego i wzniosłego. Czuła, że to nie będzie przyjemne.

- Marta..., gdzie my jedziemy – powiedziała sennie.

- Gdzie…? Do nieba. Pokażę Ci niebo moja kochana. Niebo na ziemi i miłość bez konsekwencji. Prawdziwą miłość. Pokażę Ci, że niczego na ziemi nie powinno się wstydzić. Nie mówię o szczerości wobec innych ale wstydzie wobec siebie. Nikt nie ma potrzeby wstydzić się swoich myśli i czynów a mimo, to większość z ludzi żyje w swoim własnym piekle niechęci wobec siebie. Myślisz, że świat jest różowy, czarny czy biały? Bzdury. Świat jest jak mętna woda w kałuży. Każdy ma swoje grzechy a najczęściej o moralności krzyczą Ci co mają najwięcej na sumieniu. Małe podłości, duże podłości, małe obelgi i wielkie zniewagi. Wszystko to jest bez znaczenia. Właściwie, to może i nie powinnam Ci tego pokazywać, ale mam już dość Twojego histerycznego rzucania się na piękno. Piękno… co powinnaś wiedzieć jest moja droga względne. Względne i zupełnie nie ma nic wspólnego z dobrocią, szczęściem, zużyciem, światłem czy ciemnością. Jednemu podobać się będzie koń a innemu to, że tego konia ciągną do rzeźni. Piękno jest we wszystkim, miłość jest we wszystkim i zło jest we wszystkim. Dzisiaj to zrozumiesz.

- Ale co my powiemy

- Jak to co powiemy? – Marta była wyraźnie zdziwiona – dzisiaj będziemy mogły powiedzieć prawdę.

- Że…

- Że oglądałyśmy film. Naprawdę dobry film.

Samochód oddalił się od centrum miasta i wjechał w zacienione uliczki osiedla niskich jednopiętrowych domków.

- Tam, gdzie poprzednio – zapytał taksówkarz.

- Tak…, dokładnie w to samo miejsce – odpowiedziała Marta.

- Tyle, że ja naprawdę nie będę mógł czekać.

- Nic nie szkodzi. Nie będziemy się śpieszyć.

Taksówka zatrzymała się i Marta otworzyła drzwi.

- Wychodź mała – powiedziała do Kaśki – wychodź i zaczekaj. Widzi Pan – odwróciła się do taksówkarza – miałam rację, że wybrałam czerwoną taksówkę. Czerwone są najszybsze



 

pozostałe odcinki powieści klucz - kliknij tutaj

 
1 , 2 , 3 , 4
Tutaj kupisz ciekawe fototapety do kuchni od Agaton Studio które można umieścić między wiszącymi szafkami i blatem roboczym. Fototapety dopasowywane do indywidualnych wymiarów.